Showing posts with label agoryzm. Show all posts
Showing posts with label agoryzm. Show all posts

2009/03/13

Logo Luke7777777



Logo Luke7777777 to litera L oraz liczba 7 umieszczone w kwadratowym polu.

Kolor czarny oznacza anarchię jako naturalny stan relacji między ludźmi. Symbolizuje przywiązanie do idei agoryzmu oraz wolnego rynku. Przypomina o śmierci i potrzebie wyrzeczeń.

Kolor biały oznacza budowanie własnego życia w oparciu o dobrowolną współpracę z innymi, czyli praktyczne stosowanie zasady nieagresji. Jest obrazem wolności, radości i czystości. Mówi o powołaniu do celibatu poświęconego Bogu.

Kolor czerwony oznacza odwagę. Przypomina o krwi przelewanej przez męczenników za wiarę katolicką. Stanowi nawiązanie do szlachetnej barwy karmazynowej, symbolizującej godność człowieka i dostatek materialny. Mówi o powołaniu do małżeństwa.

Kolor złoty oznacza uczciwość i mądre korzystanie z dóbr doczesnych. Wskazuje na potrzebę dążenia do doskonałości.

Kolor niebieski oznacza otwartość na prawdę i wierność dobrym zasadom.




Sąsiadujące ze sobą czerń i biel przypominają o istnieniu granicy między dobrem a złem. Nawiązują do idei infoanarchizmu. Kolory czarny i czerwony symbolizują mutualizm. Złoto i czerń to barwy woluntaryzmu i anarchizmu rynkowego.

Biel i czerwień oznaczają Polskę. Mówią o przywiązaniu do ojczyzny (macierzy), czyli tego, co otrzymaliśmy od matki i ojca oraz innych przodków jako dar i zadanie. Kolory biały i złoty nawiązują do barw papieskich. Wskazują na potrzebę gotowości do obrony wiary katolickiej.




Kolory logo Luke7777777:

Czarny / Black
RGB: 0, 0, 0

Biały / White
RGB: 255, 255, 255

Polski karmazyn L7 / L7 Polish Crimson
RGB: 217, 0, 0

Złoty / Gold
RGB: 255, 215, 0

Ultramaryna / Ultramarine
RGB: 18, 10, 143



2008/07/30

Look7777777 – Culture Watch – 2008.07.30


Nie wstępowałem do państwa, nie przyrzekałem państwu żadnej wierności, ani tym bardziej nie godziłem się na jego finansowanie. Dlatego, gdy państwo finansuje działania (jak mordowanie dzieci) i organizacje, z którymi absolutnie zgodzić się nie mogę, mam absolutne prawo odmówić finansowania organizacji zwanej państwem. Oczywiście, podkreślę to kolejny raz, nie mam szansy zrobić tego otwarcie. Państwo może niestety zmusić mnie przemocą, pozbawiając własności i/lub wolności. Odpowiedzią na taką przemoc może być tylko partyzantka, czyli wykorzystanie całej wiedzy, umiejętności i możliwości, by zachować jak najwięcej własności i wolności.

[...] Unikanie podatków i innych form finansowania organizacji, która działa wbrew mojej woli, moim zasadom i na moją szkodę jest nie tylko moralne, jest moim obowiązkiem.

Jan Kowalski (Rolnik z Doliny), Moralność unikania danin publicznych, http://rolnikzdoliny.salon24.pl/79945,index.html



_______



BRILL
You know, in guerilla warfare, you try to use your weaknesses as strengths.

ROBERT
Such as?

BRILL
Well... if they're big and you're small, then you're mobile and they're slow. You're hidden and they're exposed. You only fight battles you know you can win. That's the way the Vietcong did it. You capture the weapons and you use them against them the next time. That way they're supplying you. You grow stronger as they grow weaker.


Conversation between Edward 'Brill' Lyle and Robert Clayton Dean. From the movie Enemy Of The State (Tony Scott, 1998).



_______



It is our view that a flourishing libertarian movement, a lifelong dedication to liberty can only be grounded on a passion for justice. Here must be the mainspring of our drive, the armor that will sustain us in all the storms ahead, not the search for a quick buck, the playing of intellectual games or the cool calculation of general economic gains. And, to have a passion for justice, one must have a theory of what justice and injustice are — in short, a set of ethical principles of justice and injustice, which cannot be provided by utilitarian economics.

A passion for instantaneous justice — in short, a radical passion — is . . . not utopian, as would be a desire for the instant elimination of poverty or the instant transformation of everyone into a concert pianist. For instant justice could be achieved if enough people so willed.

A true passion for justice . . . must be radical — in short, it must at least wish to attain its goals radically and instantaneously. Leonard E. Read, founding president of the Foundation for Economic Education, expressed this radical spirit very aptly when he wrote a pamphlet I'd Push the Button. The problem was what to do about the network of price and wage controls then being imposed on the economy by the Office of Price Administration. Most economic liberals were timidly or "realistically" advocating one or another form of gradual or staggered decontrols; at that point, Mr. Read took an unequivocal and radical stand on principle: "if there were a button on this rostrum," he began his address, "the pressing of which would release all wage and price controls instantaneously, I would put my finger on it and push!"

The true test, then, of the radical spirit, is the button-pushing test: if we could push the button for instantaneous abolition of unjust invasions of liberty, would we do it? If we would not do it, we could scarcely call ourselves libertarians, and most of us would only do it if primarily guided by a passion for justice.

The genuine libertarian, then, is, in all senses of the word, an "abolitionist"; he would, if he could, abolish instantaneously all invasions of liberty, whether it be, in the original coining of the term, slavery, or whether it be the manifold other instances of State oppression. He would, in the words of another libertarian in a similar connection, "blister my thumb pushing that button!"

The libertarian goals are "realistic" in the sense that they could be achieved if enough people agreed on their desirability, and that, if achieved, they would bring about a far better world. The "realism" of the goal can only be challenged by a critique of the goal itself, not in the problem of how to attain it.

Actually, in the realm of the strategic, raising the banner of pure and radical principle is generally the fastest way of arriving at radical goals. For if the pure goal is never brought to the fore, there will never be any momentum developed for driving toward it.

Murray N. Rothbard, Why Be Libertarian?, http://www.mises.org/story/2993

_______



W tradycji judeochrześcijańskiej Bóg jest Stwórcą różnym od swego stworzenia. Z miłości, przez moc Słowa, jak mówi Biblia, daje On początek stworzeniom. „Wyrywa je z nicości” i powołuje do istnienia.

Na Wschodzie nie ma rozróżnienia pomiędzy mistykiem i bóstwem, do którego on dąży. Następuje całkowite połączenie i mistyk zanika w bezosobowym boskim bycie. W mistyce judeochrześcijańskiej jakkolwiek daleko można dojść na drodze miłosnego złączenia, różnica między mną a Bogiem istnieje zawsze, ponieważ chodzi o związek miłości, a aby zaistniała miłość muszą być dwie różne osoby. Te osoby spotykają się coraz głębiej, ale więź między nimi nie wyklucza ich indywidualności.

A więc pomiędzy pojęciem Boga judeochrześcijańskiego i pojęciem bóstwa Wschodu istnieją przede wszystkim różnice ontologiczne. Bóg chrześcijan, znany z Objawienia, jest osobą, a nie bezosobową wibracją. Wzywa człowieka do związku miłości, jest zainteresowany tym, co czyni człowiek, wkracza w dzieje człowieka, żeby objawić mu swoją miłość. Bóg różny od swego stworzenia, Bóg osobowy pragnie miłości swego stworzenia.

Jest coś fascynującego w tej szczęśliwości z dala od wszelkich cierpień. Rzeczywiście, po pozbyciu się pragnień cierpienie znika. Ale znika też możność przeżywania tego, co jest podstawowym motorem istnienia – znika pragnienie kochania i bycia kochanym.

Przypominam sobie, że w tych doświadczeniach, skądinąd głębokich, jakich doznaje się praktykując hinduizm, w stanie nirwany tęskniłem za jakimś rodzajem kontaktu, w którym mógłbym się w pełni rozwinąć, tęskniłem za związkiem pewnego szczególnego spełnienia, który nazywamy miłością.

Boję się używać [...] określenia [„miłość”], bo dzisiaj słowo miłość odmieniane jest na tyle sposobów, że już nie wiadomo, co ono znaczy. Ja rozumiem miłość jako smak nieskończonej wolności w momentach niestety przelotnych, kiedy udaje mi się wyjść poza moje granice w kierunku drugiego człowieka, być do dyspozycji drugiego człowieka, gdy udaje mi się zapomnieć o sobie, ponieważ zupełnie otwieram się na drugiego.

Wydaje mi się, że te chwile mówią coś bardzo ważnego o mnie samym, mówią o mnie prawdziwym. Odnalazłem to potem u autora z XII wieku – Wilhelma de Saint Thierry. Jako istota ludzka, jestem istotą ekstatyczną, staję w prawdzie tego, czym jestem, gdy uda mi się wyjść poza mój egoizm i kiedy wychodzę drugiemu naprzeciw. Myślę, że wszyscy przeżyliśmy podobne doświadczenie. Są to chwile, kiedy kosztujemy nowej wolności, radości, głębokiego szczęścia, które może współistnieć z cierpieniem. Nie odnajdujemy tego w hinduizmie. Gdzieś w środku tego doświadczania spokoju, którego doświadczałem w hinduizmie, żywe było we mnie pragnienie przeżywania takiego rodzaju doświadczeń.

I właśnie w tym momencie zdarzyło się coś, co poruszyło moim życiem. Pewnego dnia ktoś przybywający do guru z wizytą zapytał mnie: „Pan był chrześcijaninem w młodości. Jezus, kim On teraz jest dla pana?” W chwili kiedy wypowiedział słowo „Jezus” doświadczyłem takiego rezonansu w głębi mojej duszy, że jak gdyby obudziłem się. Odkryłem, że ten Jezus, którego chciałem wyłączyć z mojego życia, czekał cały czas z nieskończoną cierpliwością. Bardzo trudno jest mówić o takich doświadczeniach, ponieważ pozostają poza czynnikiem racjonalnym, ale jeśli miałbym to wyrazić i zinterpretować, myślę, że powiedziałbym, iż Jezus powiedział do mnie: „dziecko, ile jeszcze każesz mi czekać?” Patrzył na mnie z nieopisaną czułością, nie osądzając mnie, ani nie skazując. Nie czułem się też jak dziecko przyprowadzone do domu przez rozzłoszczonego ojca. Doświadczyłem wtedy tylko nieopisanej czułości i miłosierdzia, Kogoś, kto kochał mnie z całego serca i był gotowy iść za mną bez końca, w nadziei, że pewnego dnia zwrócę na Niego wzrok. I dam Mu to, czego oczekuje – moje spojrzenie lub słowo miłości.

Poruszyło mnie to do głębi. Powiedziałem sobie: ten, którego szukam na końcu świata, jest bardziej mi bliski niż ja sam, jak mówił św. Augustyn. On jest w głębi mojego serca i czeka jak pokorny sługa. Zrozumiałem, że moje szczęście i moje życie mają sens jedynie w tym związku, w którym byłem kochany i mogłem kochać.

Rodziłem się, a Bóg nie kazał mi znikać w oceanie, przeciwnie, przychodził do mnie, abym się narodził jako osoba. Bo to, że jestem osobą, jest mi dane, abym mógł kochać.

W stanie nirwany tęskniłem za miłością, Wywiad z o. Jacquesem Verlindem, http://www.opoka.org.pl/varia/sekty/bog_wschod.html

_______



. . . the great ideals of the past failed not by being outlived (which must mean over-lived), but by not being lived enough. . . . The Christian ideal has not been tried and found wanting. It has been found difficult and left untried.

Gilbert Keith Chesterton, What’s Wrong With The World, Part One: The Homelessness of Man, Chapter V: The Unfinished Temple, http://www.cse.dmu.ac.uk/~mward/gkc/books/whats_wrong.html

_______


Evidence of sexual chaos is everywhere. Not a day passes without several of my patients providing ample testimony of it. For example, yesterday I saw a woman who had tried to kill herself after her daughter, nearly 16 years old, moved out of her home with her eight-month-old child to live with her new 22-year-old boyfriend. It goes without saying that this boyfriend was not the father of her baby but a man she had met recently in a nightclub.

The mother was 14 when the father, age 21, made his entrance. On discovering that she was pregnant, he did what many young men do nowadays in such a situation: he beat her up. This not only relieves the feelings but occasionally produces a miscarriage. In this case, however, it failed to do so; instead, the father was caught in flagrante delicto (that is to say, while beating her) by my patient, who promptly attacked him, managing to injure him so severely that he had to go to the hospital. While there, he and she did a little informal plea-bargaining: she would not inform on him for having had sex with an underage girl, if he did not press charges against her for having assaulted him.

My patient subsequently spent what little money she had upon her grandchild's clothes, stroller, crib, bedding, and so on, even going $1,500 into debt to fund its comfort. Then her daughter decided to move out, and my patient was mortified.

Mortified, that is, by the absence of her grandchild, for whom she thought she had sacrificed so much. This was the first objection she had made in the whole affair. She had not considered the sexual conduct of her daughter, or that of either of the two men, to be in any way reprehensible. If the father of her grandchild had not turned violent, it would never have crossed her mind that he had done anything wrong in having sex with her daughter; and indeed, having done nothing to discourage the liaison, she in effect encouraged him. And her daughter had behaved only as she would have expected any girl of her age to behave.

It might be argued . . . [that] when it comes to sexual misdemeanor there is nothing new under the sun, and history shows plentiful examples of almost any perversion or dishonorable conduct. But this is the first time in history there has been mass denial that sexual relations are a proper subject of moral reflection or need to be governed by moral restrictions.

To the 1950s audience it would have been unnecessary to point out that, once a child had been conceived, the father owed a duty not only to the child, but to the mother; that his own wishes in the matter were not paramount, let alone all-important, and that he was not simply an individual but a member of a society whose expectations he had to meet if he were to retain its respect; and that a sense of moral obligation toward a woman was not inimical to a satisfying relationship with her but a precondition of it.

. . . there are many young people yearning for precisely the certainties that they feel obliged to mock: young women who hope to find a man who will woo her, love her, respect her, stand by her, and be a father to her children, while there are many men with the reciprocal wish. How many times have I heard from my patients of their aching desire to settle down and live in a normal family, and yet who have no idea whatever how to achieve this goal that was once within the reach of almost everyone!

Revolutions are seldom the spontaneous mass upheaval of the downtrodden, provoked beyond endurance by their miserable condition, and the sexual revolution was certainly no exception in this respect. The revolution had its intellectual progenitors . . . [who] were not the kind of people to take seriously Edmund Burke's lapidary warning that "it is ordained in the eternal constitution of things that men of intemperate minds cannot be free": on the contrary, just as appetites often grow with the feeding, so the demands of the revolutionaries escalated whenever the last demand was met.

No one seems to have noticed . . . that a loss of a sense of shame means a loss of privacy; a loss of privacy means a loss of intimacy; and a loss of intimacy means a loss of depth. There is, in fact, no better way to produce shallow and superficial people than to let them live their lives entirely in the open, without concealment of anything.

There is virtually no aspect of modern society's disastrous sexual predicament that does not find its apologist and perhaps its "onlie" begetter in the work of the sexual revolutionaries 50 or 100 years earlier. It is impossible to overlook the connection between what they said should happen and what has actually happened. Ideas have their consequences, if only many years later.

Explaining their decision to part from the mother or father of their children, my patients routinely tell me that they do not experience with her or him the bliss they clearly expected to experience . . . The possibility that their union might serve other, slightly more mundane and other-regarding purposes has never occurred to them. That depth of feeling is at least as important as intensity (and in the long run, more important) is a thought completely alien to them. With no social pressure to keep them together, with religious beliefs utterly absent from their lives, and with the state through its laws and welfare provisions positively encouraging the fragmentation of the family, relationships become kaleidoscopic in their changeability but oddly uniform in their denouement.

The Dionysian has definitively triumphed over the Apollonian. No grace, no reticence, no measure, no dignity, no secrecy, no depth, no limitation of desire is accepted. Happiness and the good life are conceived as prolonged sensual ecstasy and nothing more. When, in my work in an English slum, I observe what the sexual revolution has wrought, I think of the words commemorating architect Sir Christopher Wren in the floor of St. Paul's Cathedral: si monumentum requiris, circumspice.

Theodore Dalrymple, All Sex, All the Time, http://www.city-journal.org/html/10_3_urbanities-all_sex.html

_______



Soundtrack to Deus Ex: Zodiac by Steve Foxon, http://www.sfsounds.co.uk/html/dx__zodiac.html




2007/10/26

James Tooley i edukacja prywatna

Profesor James Tooley przeprowadził badania dotyczące dostępu do edukacji i jakości kształcenia oferowanego przez różne szkoły w biednych ekonomicznie rejonach Indii, Chin, Ghany, Nigerii i Kenii. W artykule Private Schools for the Poor (Szkoły prywatne dla biednych) omówił wyniki swoich badań.
James Tooley podzielił badane szkoły na trzy kategorie:

– szkoły państwowe (rządowe) (state schools / government schools);
– szkoły prywatne uznane przez państwo (private recognized schools);
– szkoły prywatne nieuznawane przez państwo (private unrecognized schools).

Zadanie, jakie postawił przed sobą Tooley, wiązało się z koniecznością dotarcia do setek miejsc, gdzie istnieją nieuznawane przez władze państwowe szkoły prywatne, nieuwzględniane w dostępnych dotychczas zestawieniach statystycznych. Takie szkoły mieszczą się w czasem w prywatnym domu gdzieś w górskiej wiosce. Właściciel budynku jest też często właścicielem i dyrektorem szkoły.

Badanie doprowadziło na następujących wniosków:

– koszt kształcenia w szkołach prywatnych jest niższy od kosztu kształcenia w szkołach państwowych;
– możliwość edukacji w szkołach prywatnych mają nawet najbiedniejsi (często osoby biedne, które stać na opłacenie czesnego, finansują edukację jeszcze uboższych; w ten sposób szkoły prywatne oferują rozwinięty system stypendiów);
– poziom nauczania w szkołach prywatnych jest wyższy niż w szkołach państwowych.

Te wnioski mogą wydawać się oczywiste, ale warto o nich ciągle przypominać, bo według rozpowszechnionego obecnie poglądu „państwo powinno zapewnić każdemu możliwość edukacji”. Osoba wygłaszająca takie stwierdzenie, w istocie mówi: „Pewna grupa ludzi (państwo) ma moralne prawo użyć przemocy (albo grozić jej użyciem), aby odebrać innej grupie ludzi (podatnikom) dowolnie określoną część ich własności, przeznaczyć skradzioną własność na wybrany przez siebie cel (budowę i utrzymanie państwowych szkół, opłacenie »specjalistów« układających jeden, standardowy program, któremu podlegać mają setki tysięcy ludzi, a także gabinety, fotele, samochody dla ministrów, kuratorów, wizytatorów, »ekspertów« i tak dalej) i przemocą (albo groźbą jej użycia) zmusić pewną grupę ludzi (uczniów) do tego, aby do ukończenia określonego wieku (w Polsce: do ukończenia osiemnastu lat) w ustalonych godzinach pojawiali się w określonym miejscu (w budynku szkoły)”. Czy jakikolwiek zwolennik państwowej interwencji na rynku usług edukacyjnych mógłby z czystym sumieniem podpisać się pod takim stwierdzeniem?

Niektórzy powiedzą: „To prawda, że państwowy system szkolnictwa jest niemoralny, niewydajny i szkodliwy – ale musimy go utrzymywać, bo na wolnym rynku biednych nie byłoby stać na naukę”. Można wskazać absurdalność takiego rozumowania: Coś jest niemoralne, niewydajne i szkodliwe – ale musi istnieć, bo... no właśnie: Dlaczego? Bo tak jest od pewnego czasu? Bo tak powiedział telewizor? Bo w przeciwnym wypadku pracownicy ministerstwa edukacji i państwowi nauczyciele musieliby wykonywać na wolnym rynku pracę, za którą ktoś płaciłby im dobrowolnie?

Przyjmijmy jednak, że powyższe problemy udało się w jakiś magiczny sposób pokonać i pozostaje nam do rozwiązania jedynie kwestia ekonomiczna: czy na wolnym rynku ubodzy będą mogli pozwolić sobie na kształcenie swoich dzieci?

Badanie Jamesa Tooley’a dowodzi, że tak – po raz kolejny potwierdzając, że to, co jest moralne (w tym przypadku dobrowolna współpraca prywatnych szkół z rodzicami dzieci, które się tam uczą), jest również skuteczne z ekonomicznego punktu widzenia.

Zarzut, który można wysunąć pod adresem szkół prywatnych, szczególnie tych działających na czarnym rynku (wolnym rynku) brzmi: „Skoro szkoła nie podlega żadnym odgórnym regulacjom i nie musi stosować się do ustalonych przez państwo programów, będzie się tam uczyć głupot albo rzeczy niepotrzebnych”. I tu znów – zdawałoby się – niespodzianka!

Porównując poziom kształcenia oferowanego w poszczególnych rodzajach szkół, James Tooley przeprowadził rozmaite testy. Okazało się, że uczniowie szkół prywatnych uzyskali najlepsze wyniki.

Na wolnym rynku standaryzacja następuje w sposób naturalny, nie trzeba jej wymuszać odgórnymi nakazami.

Gdy ktoś zaczyna w prywatnej szkole uczyć, że 2x2=5, to rodzic może zabrać stamtąd dziecko (przestać płacić za nauczanie kłamstw) i posłać je do innej szkoły, gdzie uczą prawdy. Tymczasem wielu osobom wydaje się, że gdy w tysiącach państwowych szkół nauczyciele twierdzą, że 2x2=5, bo tak napisano w kluczu testowym albo tak brzmi ostatnia wytyczna Unii Europejskiej, to wszystko jest w porządku.

Obawa o poziom nauczania w nieregulowanych odgórnie szkołach prywatnych wiąże się z rozpowszechnionym mitem, który można by sformułować tak: jeżeli jakaś organizacja ciesząca się powszechnym poparciem (np. państwo) ogłosi, że zakazuje jakiegoś zachowania (choćby zakaz ten naruszał wolność) – to trudno, tak musi być, bo inaczej wszystko się rozleci; jeżeli nie istniałyby żadne nakazane, odgórne regulacje, ludzie natychmiast zaczęliby się masowo mordować i nastąpiłby ogólny chaos.

Często zapomina się, że wolność jest matką ładu. Wystarczy nie zakłócać ludzkiego działania, a porządek powstanie spontanicznie. Można go nazwać „ładem anarchokapitalistycznym” – opiera się on zawsze o zasadę poszanowania własności prywatnej i respektowania dobrowolnie zawartych umów (kontraktów).

Kapitalizm nie polega bowiem na tym, że mam kartę kredytową, lśniące korytarze i wyłożone miękkim dywanem biura – ale jednocześnie płacę państwu od wszystkiego podatek i państwo wymaga ode mnie, abym podporządkował się jego regulacjom. Kapitalizm, ład wolnościowy, panuje tam, gdzie szanuje się prawo własności i respektuje postanowienia zawartych dobrowolnie umów.

Więcej kapitalizmu można dostrzec tam, gdzie jest na razie może i biednie – ale ludzie działają sami, a nie oglądają się na państwo. Opisani w badaniach profesora Tooleya „biedni” (pojęcie subiektywne) Murzyni, Hindusi i Chińczycy prawdopodobnie lepiej rozumieją, na czym polega kapitalizm, niż wielu Białych – przyzwyczajonych do tego, że „państwo się zatroszczy, państwo za mnie załatwi”.

O Afryce często mówi się, że panuje tam bałagan, bo państwa są zbyt mało interwencjonistyczne albo wręcz „upadłe” (failed states). Otóż, jak się okazuje, tam gdzie państwa nie ma wcale albo jest go mniej niż chcieliby tego etatyści, ludzie radzą sobie bardzo sprawnie. Problemy pojawiają się tam, gdzie akurat wpływ państwa jest duży i decydujący – w przypadku Afryki chodzi między innymi o wojsko i rząd centralny.

W opowiadaniu Rafała A. Ziemkiewicza Śpiąca królewna Perhat, kurier wynajmujący się do ochrony konwojów, tłumaczy podróżującej z nim Francuzce, doktor Jacqueline Tenard, różnicę między ludźmi ze „Wschodu” a przedstawicielami współczesnej „kultury” Zachodu: „Wie pani, pani doktor? Może to i prawda, że tu u nas są straszni ludzie. Okrutni, chciwi, bezwzględni, prymitywni, że Hospody pomiłuj. No, jak to ludzie. Ale to przynajmniej w ogóle jeszcze są ludzie! A u was? Jakieś ludzkie grzyby. Polipy. Taki... Taki blob przez cały dzień kręci się jak szczur w kołowrotku, żeby nabić sobie kartę magnetyczną, a wieczorem rozwala się przed ekranem, tka tę kartę w szczelinę i płaci ludziom za to, żeby za niego żyli, bo on sam już nie ma ani czasu, ani pojęcia bladego jak. Płaci politykowi, żeby nim rządził. Płaci aktorowi, żeby mu dostarczał przygód i emocji, bezpiecznych, przeżutych i przetrawionych. Nauczył się, że na wszystko można kupić pigułkę, która sprawę bezboleśnie załatwi. Pigułka, żeby schudnąć, pigułka, żeby urosły mięśnie, pigułka, żeby się pozbyć dziecka...” (Rafał A. Ziemkiewicz, Śpiąca królewna, w: Rafał A. Ziemkiewicz, Czerwone dywany, odmierzony krok, Warszawa 1996, s. 190).

W krajach tzw. „Zachodu”, do których Polska pod wieloma względami zaczyna się upodabniać, wśród osób biedniejszych utrzymuje się przeświadczenie, że w warunkach wolnego rynku „nie wszystkich będzie stać na kształcenie dzieci”. Z kolei osoby zamożniejsze często uspokajają swoje sumienie, posyłając dzieci do cieszących się prestiżem (choć też podlegających regulacjom państwowym) szkół prywatnych i licząc na to, że tamtejsi nauczyciele zadbają nie tylko o kształcenie, ale również (a może nawet przede wszystkim) o wychowanie powierzonej im osoby.

W Ga, dzielnicy slumsów na obrzeżach Akry, stolicy Ghany, James Tooley spotkał się z panią dyrektor miejscowej szkoły prywatnej. Profesor wspomniał w rozmowie, że jej „budynek” szkolny to właściwie dach z blachy falistej oparty o kilka patyków. „W edukacji nie chodzi o budynki” – brzmiała odpowiedź. – „Liczy się to, co jest w sercu nauczyciela. My kochamy dzieci i staramy się robić dla nich, co w naszej mocy”. (One Ghanaian school owner challenged me when I observed that her school building was little more than a corrugated iron roof on rickety poles and that the government school, just a few hundred yards away, was a smart new school building. “Education is not about buildings,” she scolded. “What matters is what is in the teacher’s heart. In our hearts, we love the children and do our best for them.” She left it open, when probed, what the teachers in the government school felt in their hearts toward the poor children.)

Jakkolwiek odpowiednie warunki lokalowe i rozmaite pomoce ułatwiają naukę – trudno odmówić słuszności twierdzeniu pani dyrektor, że to nie one są najważniejsze.

Wśród istotnych elementów procesu edukacyjnego warto wspomnieć o właściwym podejściu do ucznia. Jest on przede wszystkim człowiekiem – a nie jakimś irytującym osobnikiem, którego trzeba wytresować, aby wypełniał rubryczki i zgodnie z oczekiwaniami zakreślał A, B, C lub D. Tak jak lekarz powinien leczyć człowieka, a nie „przypadek” – tak uczeń powinien być traktowany jak człowiek. To skłania do postawienia sobie pytania o to, jaki model systemu edukacyjnego najbardziej sprzyjałby takiemu spojrzeniu na ucznia.

Poszukiwane przez nas rozwiązanie to prywatne nauczanie indywidualne lub w małych grupach. Trudno nazwać tę propozycję „systemem” – w tym znaczeniu, że struktury takiego sposobu edukacji tworzą się spontanicznie i oddolnie. Sytuacja, w której większość uczniów spotyka się z nauczycielem „jeden na jeden”, skutkuje najefektywniejszą – bo skupioną na konkretnym człowieku – edukacją. O skuteczności i popycie na tego rodzaju usługi edukacyjne świadczy popularność korepetycji.

W warunkach swobody ekonomicznej nic nie stoi, oczywiście, na przeszkodzie, aby organizować prywatne seminaria w małych grupach – ale też zakładać szkoły, których funkcjonowanie opłacałyby dobrowolnie uczące się tam osoby lub ich rodzice. Istotne jest, aby takie szkoły funkcjonowały poza zasięgiem państwa i nie miały obowiązku stosować się do odgórnie ustalanych „wytycznych programowych” i innych reguł, którym podlegają uznawane przez państwo (i podległe mu) placówki oświatowe. Taka swoboda umożliwia szybkie dostosowanie się do zmiennych oczekiwań konsumentów. Profesor Tooley wspomina o tym, że w Ghanie wiele spośród prywatnych, nieuznawanych przez państwo szkół pozwala, aby rodzice ucznia płacili za każdy konkretny dzień nauki. Jeśli rodziców nie stać na opłacenie całomiesięcznej edukacji dziecka, mogą wysłać je do szkoły w kilka wybranych dni.

Skoro system nieformalnej i nieprzymuszanej do niczego odgórnie edukacji działa w „biednej” Afryce, dlaczego nie miałby zadziałać na większą skalę również gdzie indziej?

Setki i tysiące małych, prywatnych przedsiębiorstw – szkół posiadających (najlepiej jednego) właściciela, niekontrolowanych przez żaden odgórny organizm – to odpowiedź na działalność państwowego systemu. (Nota bene państwowy system edukacyjny chciałby wciągnąć w swe tryby coraz młodszych ludzi, wprowadzając obowiązek uczęszczania do szkoły (przymus edukacyjny) od coraz młodszego wieku. Wydaje się, że ideałem zwolenników edukacji podporządkowanej państwowym regulacjom byłaby sytuacja przedstawiona przez Aldousa Huxley’a w Nowym wspaniałym świecie: dzieci od chwili urodzenia poddawano by rządowej indoktrynacji.)

Zgodne z duchem agoryzmu tworzenie oddolnych i dobrowolnych struktur edukacyjnych sprzyjałoby temu, żeby nauka przestała kojarzyć się z przymusowymi męczarniami – a zaczęła z czymś pożytecznym.

Różnorodność sprzyja jakości nauczania. Nie każdy (a być może tylko mniejszość) ma predyspozycje do tego, aby uczyć się w szkole. Powszechne przyjęcie modelu opartego na homeschoolingu przyniosłoby wielu osobom poczucie, że są w procesie edukacyjnym istotne – to im, właśnie im, proponuje się wspólne poznawanie świata. Nie są już częścią „anonimowego stada”, ale konkretnymi ludźmi.

Skutkiem takiego nastawienia byłaby współpraca między rodzicami, tworzenie bardziej i mniej luźnych związków między prywatnymi osobami, zakładanie stowarzyszeń edukacyjnych i szkół prywatnych.

Wolność przejawiałaby się w tym, że rodzice mogliby swobodnie wybrać, jak chcą kształcić swoje dziecko.

Aby taki projekt systemu edukacyjnego mógł zostać zrealizowany i upowszechniony, potrzeba przede wszystkim zainteresowania ze strony pierwszych i najważniejszych w życiu każdego człowieka nauczycieli, którymi powinni być rodzice.

Obecnie w wielu społeczeństwach dominuje przekonanie o braku widoków na jakiekolwiek głębsze zmiany, także w systemie edukacyjnym. Franz Kafka mówił w rozmowie z Gustavem Janouchem tak: „Każdy żyje za kratami, które nosi w sobie. [...] Bezpiecznie ukryci w hordzie, maszerujemy ulicami miast do pracy, do żłobu, do rozrywek. Jest to ściśle wytyczone życie, jak w kancelarii. Nie ma żadnych cudów, są tylko instrukcje obsługi, formularze i przepisy. Odczuwa się lęk przed wolnością i odpowiedzialnością. Dlatego człowiek tak chętnie dusi się za kratami wytworzonymi przez samego siebie” (Gustav Janouch, Rozmowy z Kafką, Warszawa 1993, s. 43). Chyba zbyt często rodzice bywają zanadto pochłonięci relacjonowanym na bieżąco sporem pana ministra edukacji z panem posłem – a zbyt rzadko rezygnują ze śledzenia jałowych politycznych debat na rzecz spędzenia czasu z własnym dzieckiem.

Być może bardziej wewnętrznie zniewoleni są współcześni Europejczycy niż Afrykańczycy – którzy muszą starać się o byt swój i swoich dzieci na własną rękę, siłą rzeczy nie oglądając się na państwo.

Czy znajdującym się w trudnej sytuacji ekonomicznej Afrykańczykom i mieszkańcom innych kontynentów należy pomagać – i, jeśli tak, w jaki sposób? Czy słanie pieniędzy to właściwe rozwiązanie?

Warto przede wszystkim wspierać konkretnych ludzi i rozwiązania. Organizować może nie tyle „pomoc dla Ghany”, czy „pomoc dla Indii”, ale pomoc dla pewnej konkretnej osoby lub szkoły. Pozbawione sensu wydają się akcje organizowane przez „wspólnotę międzynarodową”, polegające na tym, że środki finansowe ukradzione przez władze państwowe pewnych krajów (tzw. bogatszych) wysyła się władzom państwowym innych krajów (tzw. biedniejszych). Dzięki takim finansowym zastrzykom niewydolne ekonomicznie aparaty państwowe mogą prowadzić jeszcze brutalniejszą politykę ucisku i grabieży.

Inne zagrożenie związane z subwencjami dla ubogich polega na tym, że mogą się oni uzależnić od pomocy finansowej.

Dziś dość powszechnie uważa się, że np. wyciągnięcie jakichś pieniędzy z Unii Europejskiej to powód do chluby. Pomińmy już fakt, że w euforycznym jazgocie nie dostrzega się, że tak naprawdę np. Polacy sami finansują sobie tzw. „dopłaty” (pisał o tym Tomasz Cukiernik w tekście pt. Prawda i fałsz o dotacjach z UE). Niezależnie od tego, kto konkretnie i w jakim procencie składa się na „dopłaty”, „dotacje”, „subsydia” itp. – zadajmy pytanie: czy branie swego rodzaju jałmużny to powód do chwały?

W kontekście pomocy osobom uznawanym przez nas za potrzebujące wsparcia warto przed podjęciem konkretnych decyzji odpowiedzieć na pytanie: czy pomagać im finansowo i w jakim zakresie?

Wydaje się, że należy postępować dość ostrożnie i skupić się raczej na tym, jak usunąć bariery utrudniające osobom biednym nauczenie się, jak mogą pomagać same sobie we własnym i innych najlepszym interesie.

Pomagać – ale po pierwsze nie przeszkadzać.

Pewnych wskazówek w tym zakresie możemy oczekiwać od samego Jamesa Tooley’a. Profesor ma zarządzać funduszem 100.000.000 dolarów, który przeznaczony jest na inwestycje w szkoły prywatne dla ubogich w krajach „rozwijających się”.

(As for Tooley himself, he is now moving beyond research alone, preparing to embark on a new project: the management of a new $100 million fund to invest in private schools for the very poor in developing countries. Development professionals need not be concerned, however. The money is from a private foundation. It won’t waste any country’s aid budget.

Clive Crook, The Ten-Cent Solution)

_______

James Tooley, Private Schools for the Poor, http://www.catholiceducation.org/articles/education/ed0319.htm

Zjawiska zaobserwowane przez profesora Tooley’a dotyczą nie tylko rynku usług edukacyjnych. Warto zapoznać się z tekstem Rodericka T. Longa, który opisał skuteczne działanie prywatnego systemu ubezpieczeń zdrowotnych i konsekwencje interwencji państwa w wolny rynek:

Roderick T. Long, How Government Solved the Health Care Crisis: Medical Insurance that Worked — Until Government "Fixed" It, http://libertariannation.org/a/f12l3.html

Polskie tłumaczenie: Roderick T. Long, Jak Państwo rozwiązało kryzys służby zdrowia. Ubezpieczenie zdrowotne, które działało – zanim rząd go nie „naprawił”, http://liberalis.pl/2007/09/22/roderick-t-long-jak-panstwo-rozwiazalo-kryzys-sluzby-zdrowia/