Showing posts with label indie. Show all posts
Showing posts with label indie. Show all posts

2009/01/13

Jan Falkowski: Pociągi bez żadnego nadzoru


„Ażeby ani przez chwilę nie tracić z oczu żadnej z cennych skrzyń, za które odpowiadaliśmy, zainstalowaliśmy się po prostu pomiędzy nimi w wagonie bagażowym. Ta podróż wagonem towarowym okazała się jednak straszliwie męcząca. Potrzebowaliśmy dwóch dni na przebycie doliny Gangesu. Upał był okropny, a kurz wiszący w powietrzu utrudniał oddychanie. Pociąg posuwał się powoli, mogliśmy więc kontemplować okolice. Ale ten obraz nie przynosił nam wcale radości, nie mógł cieszyć serca, lecz przeciwnie przepełniał je ponurym smutkiem. Przejeżdżaliśmy przez rozpaczliwie monotonną równinę. Susza wypaliła prawie całą roślinność, tak że niewiele pozostało uroku w tej niezbyt pięknej przyrodzie. Ludzie brudni i wynędzniali, których spotykaliśmy na dworcach lub dostrzegaliśmy we wsiach, nie mogli rozweselić ponurego krajobrazu, ale swoim cichym i pozbawionym radości zachowaniem podkreślali jeszcze rozpaczliwość pejzażu. Kiedy wreszcie w Lucknow przyjęli nas koledzy byliśmy czarni od kurzu i wykończeni nudą i zmęczeniem.” (Lionel Terray,
Niepotrzebne zwycięstwa. Od Alp do Annapurny, tłum. Danuta Knysz–Rudzka, oprac. Janusz Kurczab, Kazimierz Marcinek, Warszawa 1975, s. 236–237)

*

W strugach deszczu — ostatnich tchnieniach tegorocznego monsunu — docieramy do „hali głównej” delhijskiego dworca, usłanej półprzytomnymi jeszcze z niewyspania postaciami i przecinanej kilkoma strumieniami potencjalnych podróżnych, podzwaniających monetami żebraków, żołnierzy (zwykle bardzo przychylnych białym) i cwaniaków najrozmaitszych profesji. Na daszkach z blachy falistej, osłaniających jako tako perony przed deszczem, stadka małp wertują pośpiesznie „śmieciowe góry” w poszukiwaniu niedojedzonych resztek. Przewidywane dwuipółgodzinne opóźnienie pociągu spędzamy kursując między peronem drugim a elektroniczną tablicą w holu, która (jeśli akurat działa) dostarcza najświeższych informacji o dalszym oczekiwaniu. Nie przejmujemy się za bardzo: pociąg pojedzie, zawsze w końcu jedzie.



Tym razem zarezerwowaliśmy bilety w klasie „sleeper”, bardzo podobnej do trzech wyższych klas (1AC, 2AC, 3AC), nie wyposażonej za to w urządzenia klimatyzujące. Jeśli wybieramy niższą klasę („second class”), na którą nie rezerwuje się miejsc, właściwa podróż zaczyna się już na samym peronie, gdzie okoliczna ludność niczym sprinterzy w blokach startowych zajmuje jak najkorzystniejsze miejsca do ataku na wagony, gdy te powoli zaczną wtaczać się na peron. Pociągi osobowe liczą zwykle od dwudziestu do czterdziestu wagonów, więc niekiedy trzeba się sporo nabiegać, zanim trafi się do właściwego. Do wagonów można się dostać przez otwory drzwiowe lub przez okna (choć tylko nieliczne, bo większość — zapewne aby przeciwdziałać wskakiwaniu — uzbrojono kratami). Nie obowiązuje zasada: „najpierw wysiadający”, jeśli chcesz się wydostać, musisz to zrobić zanim pociąg się na dobre zatrzyma. Przy każdych schodkach błyskawicznie tworzy się ruchliwe kłębowisko Hindusów zaślepionych pragnieniem wywalczenia miejsca siedzącego w „chair car” drugiej klasy. Ile osób ginie co roku w ten sposób w Indiach — strąconych pod koła pociągu, przygniecionych do wagonów albo zdeptanych?

Ale oto na nasz peron wpełza kolejny skład, z którego natychmiast wyskakuje kilku Hindusów i załatwia się w pośpiechu między wagonami — aha, widocznie w środku nie ma toalet, a w biegu nie bardzo się dało. Nieopodal pięcioletni chłopiec kończy właśnie defekować wychyliwszy swą maleńką postać poza krawędź peronu. Za chwilę służby porządkowe uzbrojone w wąż gumowy i słabe ciśnienie wody spróbują uprzątnąć (a właściwie przesunąć w inne miejsce) tę i dziesiątki innych ludzkich, małpich, krowich pozostałości.



Po kilkunastu minutach i ten pociąg leniwie wytoczy się z dworca, by rozcinając nieskończone pola ryżowe i palmowe gaje, mijając bosonogich wieśniaków z parasolami drepczących wśród upraw, podążyć do Jaipuru, a może nawet Bombaju. Wraz z upływem kolejnych stacji zagęszczenie ludności w wagonach szybko przekroczy pięć osób na metr kwadratowy. Ktoś zwinny wespnie się pod sufit na półkę z bagażami i będzie drzemał oparłszy głowę i nogi na czyichś pakunkach. Sprzedawcy herbaty (parzonej z cukrem i mlekiem), dziesiątki razy torując sobie drogę donośnym: „czaj! czaj!”, zainkasują kolejne sześć rupii, a sprzedawcy ryżu z warzywami czy nafaszerowanych kapustą, cebulą i ziemniakami pierożków samosa będą serwować co głodniejszym pasażerom po dwie garści prosto z wiadra lub kartonu. Być może zwinny z półki bagażowej włączy na cały regulator przeraźliwie ubogie harmonicznie hinduskie przeboje, narażając na wątpliwą rozkosz ich słuchania ponad setkę innych pasażerów, którzy — o dziwo — nie zwrócą na to najmniejszej uwagi. Między rzędami ławek przesuwać się będzie w regularnych odstępach karawana żebraków. Ktoś zacznie grać na bębenku. Rytm wybijany przez chłopca niechcący utworzy dwugłos ze stukotem kół i szyn pociągu. Nikt nie zapali papierosa, wielu Hindusów będzie za to żuć liście tytoniu, strzykając od czasu do czasu za okno lub na podłogę brunatną śliną.

Jeżeli trafi się w wagonie biały podróżnik zachłannie wpatrujący się w najbardziej równinne, najzieleńsze i w końcu najmonotonniejsze krajobrazy, jakie dotychczas spotkał, jego ruchom i gestom towarzyszyć będzie żywe zainteresowanie przynajmniej jednego z hinduskich współpasażerów. Jeśli zaś biały podróżnik wyczuje, że ktoś mu się przygląda i spojrzy w oczy pilnego obserwatora, ten wcale nie odwróci wzroku, wwiercając się nim w zaskoczonego sahiba: z niechęcią? serdecznością? zawiścią? szczerym zainteresowaniem? podejrzliwością? Z oczu Hindusa niewiele można wyczytać. Często jest w nich jakby pustka, albo coś w rodzaju przygaszonego blasku — coś nieuchwytnego, a jednocześnie tak charakterystycznego, że za każdym razem wydaje nam się, że wpatruje się w nas ten sam człowiek.

Tymczasem delhijski deszcz nie jest już tak przekonujący jak wcześniej i powoli przemienia się w mżawkę. Na peronach w związku z wielogodzinnymi opóźnieniami wszystkich pociągów rosną sterty paczek pocztowych gotowych do załadowania. Dwoje starszych ludzi, podwinąwszy powłóczyste szaty, załatwia się na tory. Wreszcie, po ponad czterech godzinach oczekiwania na „Taj Express”, wnikamy do wagonu „sleeper”, gdzie — jak sama nazwa wskazuje — śpi się. Zresztą to chyba jedyne rozsądne rozwiązanie podczas pokonywania tak wielkich odległości. Ci, którzy nie śpią — jedzą. Uśmiechnięty konduktor przerywa sprawdzanie biletów i zaproszony przez przebudzonego Hindusa z sąsiedniej wnęki (coś na kształt naszego przedziału, ale bez drzwi) zasiada naprzeciw kolegi, pilnie przypatrując się wydobywaniu kolejnych potraw — tłustych placków przypominających naleśniki i pojemnika z jakimś sosem, w którym należy maczać placki. Posiłek, poprzedzony ułożeniem wiktuałów na rozłożonym bezpośrednio na siedzeniu papierze kancelaryjnym, przebiega hałaśliwie i szybko. Prawdopodobnie z tego powodu konduktor kończy pochłanianie krótkim, zdecydowanym beknięciem. Ponieważ zaś trzeba sobie jakoś poradzić z upapranymi od sosu paluchami, przydatna okazuje się jedna z zasłonek (i tak przecież nie prana od miesięcy).

W końcu (wraz z oczekiwaniem nasza dwustukilometrowa podróż trwała niemal osiem godzin — jak to wytrzymują Japończycy, przyzwyczajeni raczej do kilkusekundowych opóźnień?) docieramy i zachwycamy się Tajem, barwnymi detalami Taju, organizacją przestrzenną Taju i przyległości. Zachwycamy się wreszcie mogolską myślą architektoniczną, która Taj powołała do istnienia. Staramy się ignorować niezliczone wycieczki ludzi białych i śniadych (ryczących wniebogłosy wewnątrz grobowca) oraz omijać stosownym łukiem miejscowych fotografów, przechadzających się po marmurowych posadzkach z pewną dozą dostojeństwa i sztucznym wyrazem twarzy rzekomych profesjonalistów. Urzeczeni kontemplujemy układane z żółtych, granatowych i wiśniowych kamyków ornamenty kwiatowe dekorujące poszczególne ściany mauzoleum. Olśniewająco biały (z daleka, bo z bliska — wielobarwny) marmur i delikatny rysunek łuków wieńczących kolejne okna i wnęki budowli nadają potężnej przecież bryle niespodziewaną zwiewność. Taj lekko unosi się nad Jamuną.




Nasza groteskowo zwięzła wizyta w najdroższym (prawie 20$ za wstęp — w cenę wliczone osobliwe kapcie przydatne na rozpalonych słońcem marmurach) zabytku Indii dobiega końca. Tuż za murami z czerwonego piaskowca czyhają już sprzedawcy napojów regenerujących i tandetnych miniaturek świetlistego Taju. Sąsiednią ulicę majestatycznym krokiem przecina wielbłąd. Po krótkich utarczkach z tutejszymi rikszarzami ustalamy korzystną cenę za dowóz na stację, gdzie spędzimy następne godziny w oczekiwaniu na opóźniony pociąg do Delhi.

Na torach, klucząc między stertami organicznych i syntetycznych odpadków, żerują szczury. Żebracy z podziwu godną konsekwencją przesuwają się wzdłuż peronów, wyciągając ręce w rutynowym geście. Naręczni handlarze wodą, samosami i pamiątkami ostatniej szansy, prowadząc negocjacje z pasażerami wewnątrz wagonów („Look! Taj very nice, sir!”), próbują dotrzymać kroku wytaczającym się ze stacji składom. W końcu lekko zdyszany głos stacyjnej zapowiadaczki („May I have your kind attention, please!”) dyscyplinuje znużonych oczekujących. W oddali pobłyskują już żółte ślepia wypatrywanego pociągu.




2007/10/26

James Tooley i edukacja prywatna

Profesor James Tooley przeprowadził badania dotyczące dostępu do edukacji i jakości kształcenia oferowanego przez różne szkoły w biednych ekonomicznie rejonach Indii, Chin, Ghany, Nigerii i Kenii. W artykule Private Schools for the Poor (Szkoły prywatne dla biednych) omówił wyniki swoich badań.
James Tooley podzielił badane szkoły na trzy kategorie:

– szkoły państwowe (rządowe) (state schools / government schools);
– szkoły prywatne uznane przez państwo (private recognized schools);
– szkoły prywatne nieuznawane przez państwo (private unrecognized schools).

Zadanie, jakie postawił przed sobą Tooley, wiązało się z koniecznością dotarcia do setek miejsc, gdzie istnieją nieuznawane przez władze państwowe szkoły prywatne, nieuwzględniane w dostępnych dotychczas zestawieniach statystycznych. Takie szkoły mieszczą się w czasem w prywatnym domu gdzieś w górskiej wiosce. Właściciel budynku jest też często właścicielem i dyrektorem szkoły.

Badanie doprowadziło na następujących wniosków:

– koszt kształcenia w szkołach prywatnych jest niższy od kosztu kształcenia w szkołach państwowych;
– możliwość edukacji w szkołach prywatnych mają nawet najbiedniejsi (często osoby biedne, które stać na opłacenie czesnego, finansują edukację jeszcze uboższych; w ten sposób szkoły prywatne oferują rozwinięty system stypendiów);
– poziom nauczania w szkołach prywatnych jest wyższy niż w szkołach państwowych.

Te wnioski mogą wydawać się oczywiste, ale warto o nich ciągle przypominać, bo według rozpowszechnionego obecnie poglądu „państwo powinno zapewnić każdemu możliwość edukacji”. Osoba wygłaszająca takie stwierdzenie, w istocie mówi: „Pewna grupa ludzi (państwo) ma moralne prawo użyć przemocy (albo grozić jej użyciem), aby odebrać innej grupie ludzi (podatnikom) dowolnie określoną część ich własności, przeznaczyć skradzioną własność na wybrany przez siebie cel (budowę i utrzymanie państwowych szkół, opłacenie »specjalistów« układających jeden, standardowy program, któremu podlegać mają setki tysięcy ludzi, a także gabinety, fotele, samochody dla ministrów, kuratorów, wizytatorów, »ekspertów« i tak dalej) i przemocą (albo groźbą jej użycia) zmusić pewną grupę ludzi (uczniów) do tego, aby do ukończenia określonego wieku (w Polsce: do ukończenia osiemnastu lat) w ustalonych godzinach pojawiali się w określonym miejscu (w budynku szkoły)”. Czy jakikolwiek zwolennik państwowej interwencji na rynku usług edukacyjnych mógłby z czystym sumieniem podpisać się pod takim stwierdzeniem?

Niektórzy powiedzą: „To prawda, że państwowy system szkolnictwa jest niemoralny, niewydajny i szkodliwy – ale musimy go utrzymywać, bo na wolnym rynku biednych nie byłoby stać na naukę”. Można wskazać absurdalność takiego rozumowania: Coś jest niemoralne, niewydajne i szkodliwe – ale musi istnieć, bo... no właśnie: Dlaczego? Bo tak jest od pewnego czasu? Bo tak powiedział telewizor? Bo w przeciwnym wypadku pracownicy ministerstwa edukacji i państwowi nauczyciele musieliby wykonywać na wolnym rynku pracę, za którą ktoś płaciłby im dobrowolnie?

Przyjmijmy jednak, że powyższe problemy udało się w jakiś magiczny sposób pokonać i pozostaje nam do rozwiązania jedynie kwestia ekonomiczna: czy na wolnym rynku ubodzy będą mogli pozwolić sobie na kształcenie swoich dzieci?

Badanie Jamesa Tooley’a dowodzi, że tak – po raz kolejny potwierdzając, że to, co jest moralne (w tym przypadku dobrowolna współpraca prywatnych szkół z rodzicami dzieci, które się tam uczą), jest również skuteczne z ekonomicznego punktu widzenia.

Zarzut, który można wysunąć pod adresem szkół prywatnych, szczególnie tych działających na czarnym rynku (wolnym rynku) brzmi: „Skoro szkoła nie podlega żadnym odgórnym regulacjom i nie musi stosować się do ustalonych przez państwo programów, będzie się tam uczyć głupot albo rzeczy niepotrzebnych”. I tu znów – zdawałoby się – niespodzianka!

Porównując poziom kształcenia oferowanego w poszczególnych rodzajach szkół, James Tooley przeprowadził rozmaite testy. Okazało się, że uczniowie szkół prywatnych uzyskali najlepsze wyniki.

Na wolnym rynku standaryzacja następuje w sposób naturalny, nie trzeba jej wymuszać odgórnymi nakazami.

Gdy ktoś zaczyna w prywatnej szkole uczyć, że 2x2=5, to rodzic może zabrać stamtąd dziecko (przestać płacić za nauczanie kłamstw) i posłać je do innej szkoły, gdzie uczą prawdy. Tymczasem wielu osobom wydaje się, że gdy w tysiącach państwowych szkół nauczyciele twierdzą, że 2x2=5, bo tak napisano w kluczu testowym albo tak brzmi ostatnia wytyczna Unii Europejskiej, to wszystko jest w porządku.

Obawa o poziom nauczania w nieregulowanych odgórnie szkołach prywatnych wiąże się z rozpowszechnionym mitem, który można by sformułować tak: jeżeli jakaś organizacja ciesząca się powszechnym poparciem (np. państwo) ogłosi, że zakazuje jakiegoś zachowania (choćby zakaz ten naruszał wolność) – to trudno, tak musi być, bo inaczej wszystko się rozleci; jeżeli nie istniałyby żadne nakazane, odgórne regulacje, ludzie natychmiast zaczęliby się masowo mordować i nastąpiłby ogólny chaos.

Często zapomina się, że wolność jest matką ładu. Wystarczy nie zakłócać ludzkiego działania, a porządek powstanie spontanicznie. Można go nazwać „ładem anarchokapitalistycznym” – opiera się on zawsze o zasadę poszanowania własności prywatnej i respektowania dobrowolnie zawartych umów (kontraktów).

Kapitalizm nie polega bowiem na tym, że mam kartę kredytową, lśniące korytarze i wyłożone miękkim dywanem biura – ale jednocześnie płacę państwu od wszystkiego podatek i państwo wymaga ode mnie, abym podporządkował się jego regulacjom. Kapitalizm, ład wolnościowy, panuje tam, gdzie szanuje się prawo własności i respektuje postanowienia zawartych dobrowolnie umów.

Więcej kapitalizmu można dostrzec tam, gdzie jest na razie może i biednie – ale ludzie działają sami, a nie oglądają się na państwo. Opisani w badaniach profesora Tooleya „biedni” (pojęcie subiektywne) Murzyni, Hindusi i Chińczycy prawdopodobnie lepiej rozumieją, na czym polega kapitalizm, niż wielu Białych – przyzwyczajonych do tego, że „państwo się zatroszczy, państwo za mnie załatwi”.

O Afryce często mówi się, że panuje tam bałagan, bo państwa są zbyt mało interwencjonistyczne albo wręcz „upadłe” (failed states). Otóż, jak się okazuje, tam gdzie państwa nie ma wcale albo jest go mniej niż chcieliby tego etatyści, ludzie radzą sobie bardzo sprawnie. Problemy pojawiają się tam, gdzie akurat wpływ państwa jest duży i decydujący – w przypadku Afryki chodzi między innymi o wojsko i rząd centralny.

W opowiadaniu Rafała A. Ziemkiewicza Śpiąca królewna Perhat, kurier wynajmujący się do ochrony konwojów, tłumaczy podróżującej z nim Francuzce, doktor Jacqueline Tenard, różnicę między ludźmi ze „Wschodu” a przedstawicielami współczesnej „kultury” Zachodu: „Wie pani, pani doktor? Może to i prawda, że tu u nas są straszni ludzie. Okrutni, chciwi, bezwzględni, prymitywni, że Hospody pomiłuj. No, jak to ludzie. Ale to przynajmniej w ogóle jeszcze są ludzie! A u was? Jakieś ludzkie grzyby. Polipy. Taki... Taki blob przez cały dzień kręci się jak szczur w kołowrotku, żeby nabić sobie kartę magnetyczną, a wieczorem rozwala się przed ekranem, tka tę kartę w szczelinę i płaci ludziom za to, żeby za niego żyli, bo on sam już nie ma ani czasu, ani pojęcia bladego jak. Płaci politykowi, żeby nim rządził. Płaci aktorowi, żeby mu dostarczał przygód i emocji, bezpiecznych, przeżutych i przetrawionych. Nauczył się, że na wszystko można kupić pigułkę, która sprawę bezboleśnie załatwi. Pigułka, żeby schudnąć, pigułka, żeby urosły mięśnie, pigułka, żeby się pozbyć dziecka...” (Rafał A. Ziemkiewicz, Śpiąca królewna, w: Rafał A. Ziemkiewicz, Czerwone dywany, odmierzony krok, Warszawa 1996, s. 190).

W krajach tzw. „Zachodu”, do których Polska pod wieloma względami zaczyna się upodabniać, wśród osób biedniejszych utrzymuje się przeświadczenie, że w warunkach wolnego rynku „nie wszystkich będzie stać na kształcenie dzieci”. Z kolei osoby zamożniejsze często uspokajają swoje sumienie, posyłając dzieci do cieszących się prestiżem (choć też podlegających regulacjom państwowym) szkół prywatnych i licząc na to, że tamtejsi nauczyciele zadbają nie tylko o kształcenie, ale również (a może nawet przede wszystkim) o wychowanie powierzonej im osoby.

W Ga, dzielnicy slumsów na obrzeżach Akry, stolicy Ghany, James Tooley spotkał się z panią dyrektor miejscowej szkoły prywatnej. Profesor wspomniał w rozmowie, że jej „budynek” szkolny to właściwie dach z blachy falistej oparty o kilka patyków. „W edukacji nie chodzi o budynki” – brzmiała odpowiedź. – „Liczy się to, co jest w sercu nauczyciela. My kochamy dzieci i staramy się robić dla nich, co w naszej mocy”. (One Ghanaian school owner challenged me when I observed that her school building was little more than a corrugated iron roof on rickety poles and that the government school, just a few hundred yards away, was a smart new school building. “Education is not about buildings,” she scolded. “What matters is what is in the teacher’s heart. In our hearts, we love the children and do our best for them.” She left it open, when probed, what the teachers in the government school felt in their hearts toward the poor children.)

Jakkolwiek odpowiednie warunki lokalowe i rozmaite pomoce ułatwiają naukę – trudno odmówić słuszności twierdzeniu pani dyrektor, że to nie one są najważniejsze.

Wśród istotnych elementów procesu edukacyjnego warto wspomnieć o właściwym podejściu do ucznia. Jest on przede wszystkim człowiekiem – a nie jakimś irytującym osobnikiem, którego trzeba wytresować, aby wypełniał rubryczki i zgodnie z oczekiwaniami zakreślał A, B, C lub D. Tak jak lekarz powinien leczyć człowieka, a nie „przypadek” – tak uczeń powinien być traktowany jak człowiek. To skłania do postawienia sobie pytania o to, jaki model systemu edukacyjnego najbardziej sprzyjałby takiemu spojrzeniu na ucznia.

Poszukiwane przez nas rozwiązanie to prywatne nauczanie indywidualne lub w małych grupach. Trudno nazwać tę propozycję „systemem” – w tym znaczeniu, że struktury takiego sposobu edukacji tworzą się spontanicznie i oddolnie. Sytuacja, w której większość uczniów spotyka się z nauczycielem „jeden na jeden”, skutkuje najefektywniejszą – bo skupioną na konkretnym człowieku – edukacją. O skuteczności i popycie na tego rodzaju usługi edukacyjne świadczy popularność korepetycji.

W warunkach swobody ekonomicznej nic nie stoi, oczywiście, na przeszkodzie, aby organizować prywatne seminaria w małych grupach – ale też zakładać szkoły, których funkcjonowanie opłacałyby dobrowolnie uczące się tam osoby lub ich rodzice. Istotne jest, aby takie szkoły funkcjonowały poza zasięgiem państwa i nie miały obowiązku stosować się do odgórnie ustalanych „wytycznych programowych” i innych reguł, którym podlegają uznawane przez państwo (i podległe mu) placówki oświatowe. Taka swoboda umożliwia szybkie dostosowanie się do zmiennych oczekiwań konsumentów. Profesor Tooley wspomina o tym, że w Ghanie wiele spośród prywatnych, nieuznawanych przez państwo szkół pozwala, aby rodzice ucznia płacili za każdy konkretny dzień nauki. Jeśli rodziców nie stać na opłacenie całomiesięcznej edukacji dziecka, mogą wysłać je do szkoły w kilka wybranych dni.

Skoro system nieformalnej i nieprzymuszanej do niczego odgórnie edukacji działa w „biednej” Afryce, dlaczego nie miałby zadziałać na większą skalę również gdzie indziej?

Setki i tysiące małych, prywatnych przedsiębiorstw – szkół posiadających (najlepiej jednego) właściciela, niekontrolowanych przez żaden odgórny organizm – to odpowiedź na działalność państwowego systemu. (Nota bene państwowy system edukacyjny chciałby wciągnąć w swe tryby coraz młodszych ludzi, wprowadzając obowiązek uczęszczania do szkoły (przymus edukacyjny) od coraz młodszego wieku. Wydaje się, że ideałem zwolenników edukacji podporządkowanej państwowym regulacjom byłaby sytuacja przedstawiona przez Aldousa Huxley’a w Nowym wspaniałym świecie: dzieci od chwili urodzenia poddawano by rządowej indoktrynacji.)

Zgodne z duchem agoryzmu tworzenie oddolnych i dobrowolnych struktur edukacyjnych sprzyjałoby temu, żeby nauka przestała kojarzyć się z przymusowymi męczarniami – a zaczęła z czymś pożytecznym.

Różnorodność sprzyja jakości nauczania. Nie każdy (a być może tylko mniejszość) ma predyspozycje do tego, aby uczyć się w szkole. Powszechne przyjęcie modelu opartego na homeschoolingu przyniosłoby wielu osobom poczucie, że są w procesie edukacyjnym istotne – to im, właśnie im, proponuje się wspólne poznawanie świata. Nie są już częścią „anonimowego stada”, ale konkretnymi ludźmi.

Skutkiem takiego nastawienia byłaby współpraca między rodzicami, tworzenie bardziej i mniej luźnych związków między prywatnymi osobami, zakładanie stowarzyszeń edukacyjnych i szkół prywatnych.

Wolność przejawiałaby się w tym, że rodzice mogliby swobodnie wybrać, jak chcą kształcić swoje dziecko.

Aby taki projekt systemu edukacyjnego mógł zostać zrealizowany i upowszechniony, potrzeba przede wszystkim zainteresowania ze strony pierwszych i najważniejszych w życiu każdego człowieka nauczycieli, którymi powinni być rodzice.

Obecnie w wielu społeczeństwach dominuje przekonanie o braku widoków na jakiekolwiek głębsze zmiany, także w systemie edukacyjnym. Franz Kafka mówił w rozmowie z Gustavem Janouchem tak: „Każdy żyje za kratami, które nosi w sobie. [...] Bezpiecznie ukryci w hordzie, maszerujemy ulicami miast do pracy, do żłobu, do rozrywek. Jest to ściśle wytyczone życie, jak w kancelarii. Nie ma żadnych cudów, są tylko instrukcje obsługi, formularze i przepisy. Odczuwa się lęk przed wolnością i odpowiedzialnością. Dlatego człowiek tak chętnie dusi się za kratami wytworzonymi przez samego siebie” (Gustav Janouch, Rozmowy z Kafką, Warszawa 1993, s. 43). Chyba zbyt często rodzice bywają zanadto pochłonięci relacjonowanym na bieżąco sporem pana ministra edukacji z panem posłem – a zbyt rzadko rezygnują ze śledzenia jałowych politycznych debat na rzecz spędzenia czasu z własnym dzieckiem.

Być może bardziej wewnętrznie zniewoleni są współcześni Europejczycy niż Afrykańczycy – którzy muszą starać się o byt swój i swoich dzieci na własną rękę, siłą rzeczy nie oglądając się na państwo.

Czy znajdującym się w trudnej sytuacji ekonomicznej Afrykańczykom i mieszkańcom innych kontynentów należy pomagać – i, jeśli tak, w jaki sposób? Czy słanie pieniędzy to właściwe rozwiązanie?

Warto przede wszystkim wspierać konkretnych ludzi i rozwiązania. Organizować może nie tyle „pomoc dla Ghany”, czy „pomoc dla Indii”, ale pomoc dla pewnej konkretnej osoby lub szkoły. Pozbawione sensu wydają się akcje organizowane przez „wspólnotę międzynarodową”, polegające na tym, że środki finansowe ukradzione przez władze państwowe pewnych krajów (tzw. bogatszych) wysyła się władzom państwowym innych krajów (tzw. biedniejszych). Dzięki takim finansowym zastrzykom niewydolne ekonomicznie aparaty państwowe mogą prowadzić jeszcze brutalniejszą politykę ucisku i grabieży.

Inne zagrożenie związane z subwencjami dla ubogich polega na tym, że mogą się oni uzależnić od pomocy finansowej.

Dziś dość powszechnie uważa się, że np. wyciągnięcie jakichś pieniędzy z Unii Europejskiej to powód do chluby. Pomińmy już fakt, że w euforycznym jazgocie nie dostrzega się, że tak naprawdę np. Polacy sami finansują sobie tzw. „dopłaty” (pisał o tym Tomasz Cukiernik w tekście pt. Prawda i fałsz o dotacjach z UE). Niezależnie od tego, kto konkretnie i w jakim procencie składa się na „dopłaty”, „dotacje”, „subsydia” itp. – zadajmy pytanie: czy branie swego rodzaju jałmużny to powód do chwały?

W kontekście pomocy osobom uznawanym przez nas za potrzebujące wsparcia warto przed podjęciem konkretnych decyzji odpowiedzieć na pytanie: czy pomagać im finansowo i w jakim zakresie?

Wydaje się, że należy postępować dość ostrożnie i skupić się raczej na tym, jak usunąć bariery utrudniające osobom biednym nauczenie się, jak mogą pomagać same sobie we własnym i innych najlepszym interesie.

Pomagać – ale po pierwsze nie przeszkadzać.

Pewnych wskazówek w tym zakresie możemy oczekiwać od samego Jamesa Tooley’a. Profesor ma zarządzać funduszem 100.000.000 dolarów, który przeznaczony jest na inwestycje w szkoły prywatne dla ubogich w krajach „rozwijających się”.

(As for Tooley himself, he is now moving beyond research alone, preparing to embark on a new project: the management of a new $100 million fund to invest in private schools for the very poor in developing countries. Development professionals need not be concerned, however. The money is from a private foundation. It won’t waste any country’s aid budget.

Clive Crook, The Ten-Cent Solution)

_______

James Tooley, Private Schools for the Poor, http://www.catholiceducation.org/articles/education/ed0319.htm

Zjawiska zaobserwowane przez profesora Tooley’a dotyczą nie tylko rynku usług edukacyjnych. Warto zapoznać się z tekstem Rodericka T. Longa, który opisał skuteczne działanie prywatnego systemu ubezpieczeń zdrowotnych i konsekwencje interwencji państwa w wolny rynek:

Roderick T. Long, How Government Solved the Health Care Crisis: Medical Insurance that Worked — Until Government "Fixed" It, http://libertariannation.org/a/f12l3.html

Polskie tłumaczenie: Roderick T. Long, Jak Państwo rozwiązało kryzys służby zdrowia. Ubezpieczenie zdrowotne, które działało – zanim rząd go nie „naprawił”, http://liberalis.pl/2007/09/22/roderick-t-long-jak-panstwo-rozwiazalo-kryzys-sluzby-zdrowia/