Showing posts with label cory doctorow. Show all posts
Showing posts with label cory doctorow. Show all posts

2008/06/19

Look7777777 – Culture Watch – 2008.06.19

Pierwsza pigułka antykoncepcyjna znalazła się w sprzedaży w roku 1960. [...] Sprawą musiał zająć się Kościół katolicki. W 1963 r. Jan XXIII powołał komisję ekspertów, która miała przygotować materiały, umożliwiające zajęcie przez Kościół jasnego stanowiska.
Po śmierci Jana XXIII trudne zadanie katolickiej oceny antykoncepcji spadło na Pawła VI. Nowy papież poszerzył skład specjalnej komisji. Znaleźli się w niej eksperci w dziedzinie biologii, medycyny, seksuologii, demografii, teolodzy oraz pary małżeńskie. Jej prace budziły ogromne zainteresowanie. Działała pod presją mediów. W atmosferze, jaka wówczas panowała, mało kto zdziwił się, że po kilku latach pracy większość członków papieskiej komisji zarekomendowała Pawłowi VI uznanie metod antykoncepcyjnych za godziwe i moralnie dozwolone w małżeństwie (przynajmniej w pewnych sytuacjach i pod określonymi warunkami). Znacznie mniejsza grupa ekspertów odrzucała możliwość jakichkolwiek zmian w nauczaniu Kościoła na ten temat.

Paweł VI ogłosił jednak encyklikę całkowicie sprzeczną ze stanowiskiem większości członków papieskiej komisji, a wyniki jej prac nazwał w swym dokumencie niepewnymi i niemożliwymi do uznania za definitywne. Dlaczego? Zdaniem historyków, na postawę papieża wpłynęły dwa dokumenty. Jeden to tzw. memorandum z Ulm z roku 1967. Grupa lekarzy zwraca w nim uwagę, że przynajmniej część środków antykoncepcyjnych zabija dzieci w łonach matek. W powszechnym zachwycie środkami antykoncepcyjnym była to dla większości wiedza zupełnie nowa. O wiele większe znaczenie przypisuje się drugiemu dokumentowi, tzw. memoriałowi krakowskiemu. Opracowała go grupa polskich specjalistów z inicjatywy kard. Karola Wojtyły. Jednym z twórców tego dokumentu jest o. Karol Meissner OSB. O. Meissner wyjaśnia, że kard. Wojtyła postanowił opracować osobny dokument dla papieża, ponieważ mimo zaproszenia nie mógł wziąć udziału w prowadzonych w Rzymie pracach (najprawdopodobniej chodziło o problemy z paszportem). Chciał jednak przedstawić Ojcu Świętemu swoje stanowisko.

Tak zwany zespół krakowski powstał w roku 1966, gdy znana była duża część wniosków, do jakich doszła papieska komisja. Zdaniem o. Meissnera, Paweł VI wiedział o inicjatywie metropolity krakowskiego. „Jakie jest prawo Boże, to ja wiem, dajcie mi argumenty” – tak papież miał mówić m. in. do kard. Wojtyły.

ks. Artur Stopka, Zatrzymany pochód pigułki, http://goscniedzielny.wiara.pl/?grupa=6&art=1211525901&dzi=1104785534&idnumeru=1211521995

_______



Najnowsza powieść Cory’ego Doctorowa – „Little Brother” – już czwarty tydzień utrzymuje się w czołówce bestsellerów New York Timesa. Nieźle, jak na książkę, którą każdy może sobie pobrać za darmo w 20 formatach (np. dla iPhone, ale również jako uniksowy plik .info). Właśnie ruszyły dodruki wydania w twardej okładce, więc Tor Books zrobiło zapewne na tym tytule poważne pieniądze. Całkiem nieźle, jak na firmę, która programowo unika DRM.

[Cory Doctorow napisał:] „[...] nie uważam ebooków za substytuty książek. Nie chodzi o to, że współczesne monitory nie nadają się do czytania – ludzie mnie podobni spędzają większość czasu na czytaniu tekstu w Internecie. Większy stopień zaawansowania w informatyce pociąga za sobą jednak niskie prawdopodobieństwo zapoznawania się z dłuższymi tekstami w sieci, a to dlatego że tacy ludzie robią na swoich komputerach więcej, niż inni. Mają w tle uruchomione komunikatory, programy do poczty elektronicznej, przeglądarki, gry, korzystają z własnej biblioteki muzycznej. Im więcej rzeczy robi się na komputerze, tym większe prawdopodobieństwo, że w przeciągu pięciu czy siedmiu minut pojawi się, coś, co odciągnie nas od czytania. To właśnie dlatego komputery wyjątkowo nie nadają się do czytania dłuższych form literackich – no chyba że ma się stalową samodyscyplinę mnicha.

To dobra wiadomość dla pisarzy, bo to oznacza że ebooki tak naprawdę stanowią zachętę do kupienia wersji drukowanej (która jest tania, łatwa do zdobycia i jakże prosta w obsłudze). Elektroniczna postać książki pozwala zapoznanie się z tekstem na tyle, żeby zdecydować się (lub nie) na zakup.

Kopiowanie to naturalna czynność. Tak właśnie zdobywamy wiedzę (kopiujemy ją od rodziców, od otaczających nas ludzi). Moja pierwsza opowieść, powstała gdy miałem 6 lat, była po prostu remiksem Gwiezdnych Wojen, które dopiero co obejrzałem w kinie. Dziś, gdy Internet – ta największa maszyna kopiująca – jest już właściwie wszędzie, ten tkwiący w nas instynkt będzie tylko narastał. Nie dałbym rady powstrzymać moich czytelników przed kopiowaniem a gdybym próbował, okazałbym się hipokrytą. W wieku 17 lat robiłem składanki na taśmach audio, kserowałem komiksy i generalnie kopiowałem wszystko, co mi wpadło w ręce. Gdybym wtedy miał dostęp do Internetu, kopiowałbym na jeszcze większą skalę.”

Maciej Chojnacki, „Little Brother” czwarty tydzień na liście bestsellerów NYT, http://bytowisko.pl/?p=1084



_______


British police said they will not apologize to two Christian preachers who were threatened with arrest by a Muslim police officer for preaching Christianity in Muslim communities in the city of Birmingham.

. . . the incident occurred last February when Christian ministers Arthur Cunningham and Joseph Abraham were handing out leaflets and speaking with four Muslim youths about Christianity in Birmingham. Naeem Naguthney, a Muslim police community support officer told them to cease-and-desist from preaching to Muslims and threatened to charge them with a “hate crime.”

“He said we were in a Muslim area and were not allowed to spread our Christian message,” Cunningham told the Telegraph. “He said we were committing a hate crime by telling the youths to leave Islam and said that he was going to take us to the police station.”

Police threaten Christians for preaching in Muslim communities in Britain, http://www.catholicnewsagency.com/new.php?n=12842

_______



If you work through the existing structures you are going to be corrupted. By working through political system that poisons the atmosphere, even the progressive organizations, you can see it even now in the US, where people on the “Left” are all caught in the electoral campaign and get into fierce arguments about should we support this third party candidate or that third party candidate. This is a sort of little piece of evidence that suggests that when you get into working through electoral politics you begin to corrupt your ideals. So I think a way to behave is to think not in terms of representative government, not in terms of voting, not in terms of electoral politics, but thinking in terms of organizing social movements, organizing in the work place, organizing in the neighborhood, organizing collectives that can become strong enough to eventually take over – first to become strong enough to resist what has been done to them by authority, and second, later, to become strong enough to actually take over the institutions.

One of the problems with dealing with anarchism is that there are many people whose ideas are anarchist, but who do not necessarily call themselves anarchists. The word was first used by Proudhon in the middle of the 19th century, but actually there were anarchist ideas that proceeded Proudhon, those in Europe and also in the United States. For instance, there are some ideas of Thomas Paine, who was not an anarchist, who would not call himself an anarchist, but he was suspicious of government. Also Henry David Thoreau. He does not know the word anarchism, and does not use the word anarchism, but Thoreau’s ideas are very close to anarchism. He is very hostile to all forms of government. If we trace origins of anarchism in the United States, then probably Thoreau is the closest you can come to an early American anarchist.

No doubt that anarchist ideas are frightening to those in power. People in power can tolerate liberal ideas. They can tolerate ideas that call for reforms, but they cannot tolerate the idea that there will be no state, no central authority. So it is very important for them to ridicule the idea of anarchism to create this impression of anarchism as violent and chaotic.

I would say, as far as means go, the idea of direct action against the evil that you want to overcome is a kind of common denominator for anarchist ideas, anarchist movements. I still think one of the most important principles of anarchism is that you cannot separate means and ends. And that is, if your end is egalitarian society you have to use egalitarian means, if your end is non-violent society without war, you cannot use war to achieve your end. I think anarchism requires means and ends to be in line with one another. I think this is in fact one of the distinguishing characteristics of anarchism.

I think our first step is to organize ourselves and protest against existing order – against war, against economic and sexual exploitation, against racism, etc. But to organize ourselves in such a way that means correspond to the ends, and to organize ourselves in such a way as to create kind of human relationship that should exist in future society. That would mean to organize ourselves without centralized authority, without charismatic leader, in a way that represents in miniature the ideal of the future egalitarian society. So that even if you don’t win some victory tomorrow or next year in the meantime you have created a model. You have acted out how future society should be and you created immediate satisfaction, even if you have not achieved your ultimate goal.

Rebels Against Tyranny, An Interview with Howard Zinn on Anarchism, http://counterpunch.org/vodovnik05122008.html

_______



St. Brigid’s Famine era church, located in the East Village of Manhattan and built by Irish immigrants in the mid-1800s, has been saved from the wrecking ball by an anonymous $20 million donation.

The church . . . had been earmarked for demolition since July 2006 when the Archdiocese sent in a wrecking crew with the intention of tearing it down so they could sell the property.

It was only when local residents got involved that a clause was discovered for unsafe working conditions stopping the demolition in its tracks, but not before smashing the sacred stained glass windows bearing the names of several Irish immigrants.

April Drew, Church Saved from Destruction, http://www.irishabroad.com/news/irish-voice/news/Articles/st-brigids-church290508.aspx



_______


Dopiero Kepler pokumał, że planety zasuwają po elipsach.

Przed Keplerem [...] goście zakładali, że ciała niebieskie poruszają się po torach w kształcie kół, bo koła są doskonałe, łatwo się je liczy, no i w ogóle są jakieś takie, jakie powinny być. Natomiast elipsy są krzywe, nieładne, pospolite takie zupełnie i w ogóle kto to widział, żeby ciała niebieskie krążyły po elipsach.

No, ale krążą po elipsach. Może to za bardzo ładne nie jest, ale jest prawdziwe.

Socjalizm to jest taka właśnie astronomia na kółkach. Goście sobie wymyślają, jak powinno być, i tak robią, żeby było, jak wymyślili. A jak się obliczenia nie zgadzają, to dodają kolejne epicykle i ekscentryki. I tak dodają i dodają i coraz więcej tych kółek, a każde takie kółko kosztuje.

Wyrus, Astronomia na kółkach, http://tekstowisko.blogspot.com/2007/10/astronomia-na-kkach.html

_______



Deus Ex Radio Interview, Philippe Tapon talks with Sheldon Pacotti, http://www.sheldonpacotti.com/games/KFJCdx20011104.mp3






2008/05/06

Tłumaczenie: Cory Doctorow „Miasto szpicli”

Dwunastopiętrowy hotel Torni był w czasie sowieckiej okupacji najwyższym budynkiem w centrum Helsinek – więc naturalnie wybrano go na kwaterę główną KGB. Dzisiaj na hotelu znajduje się świadcząca o jego burzliwej przeszłości tablica, na której odnotowano interesujący fakt: po opuszczeniu hotelu przez KGB Finowie wyciągnęli z jego ścian 40 kilometrów kabli do urządzeń podsłuchowych. Okablowanie stanowiło silny dowód na to, że żaden tajniak nie miał do swoich kolegów-agentów zaufania i szpiegował ich.
NRDowskie Stasi także prowadziło inwigilację na wielką skalę, korzystając z siatki szpicli, aby zgromadzić tajną teczkę na każdego mieszkańca Berlina Wschodniego. Służby wiedziały, kto opowiadał wywrotowe dowcipy – ale przeoczyły fakt, że lada dzień miał upaść Mur Berliński.

Kiedy obserwujesz wszystkich, nie obserwujesz nikogo.

To, zdaje się, umyka uwadze operatorów cyfrowych technologii inwigilacyjnych, które przejmują kontrolę nad naszymi miastami. W nowym wspaniałym świecie kamer przy domofonach, skanerów sieci bezprzewodowych, przepustek z chipami radiowymi [RFID = Radio Frequency Identification], rewidowania plecaków w metrze i dokonywanego w pomieszczeniach ochrony przeszukiwania komputerowych baz danych w poszukiwaniu zdjęć podejrzanych, powszechną inwigilację uważa się za uniwersalne lekarstwo na wszystkie bolączki miasta. Ale prawda jest taka, że wszechobecne kamery służą wyłącznie naruszaniu kontraktu społecznego, dzięki któremu miasta funkcjonują.

Klucz do życia w mieście i pokojowego współistnienia ludzi jako zwierząt społecznych leży w ustanowieniu delikatnej równowagi między patrzeniem i powstrzymaniem się od patrzenia. Kiedy wychodzisz z metra, uważasz, żeby idącej przed tobą kobiecie nie nadepnąć na stopę i możesz w przelocie zauważyć jej ekskluzywną torebkę. Ale nie nawiązujesz z kobietą kontaktu wzrokowego i nie wymieniasz ukłonów. A nawet jeśli to robisz, upewniasz się, że są tak przelotne, jak to tylko możliwe.

Patrzenie w lusterka to dobry zwyczaj – nawet gdy ruch zostaje wstrzymany – ale gapienie się i wskazywanie palcem siedzącego za kierownicą samochodu obok ciołka, który wsadził sobie palec do nosa tak głęboko, że grozi mu autolobotomia, to zły obyczaj – gorszy nawet niż dłubanie w nosie samemu.

Poprosiłem kiedyś znajomego Japończyka, żeby wyjaśnił mi, dlaczego w tokijskim metrze tak wiele osób nosi na twarzach maski chirurgiczne. Czy są skrajnymi zarazkofobami? Troskliwymi ludźmi, którzy wychodzą z przeziębienia? O, tak – odpowiedział – tak, oczywiście, ale to tylko część prawdy. Rzeczywisty powód, dla którego nosi się maski, to oszczędzić innym niewygody oglądania twojej twarzy; nadać jej obojętny, niemożliwy do odczytania, pusty wyraz – uchronić innych przed uciążliwą koniecznością pobudzania neuronów lustrzanych, pozwalających rozpoznać twój nastrój na podstawie tego, co widać na zewnątrz. Aby umożliwić patrzenie bez widzenia.

Przebywa w mieście ktoś, kto nie szanuje tego delikatnego kontraktu społecznego: kamera telewizji dozorowej [CCTV = closed-circuit television camera]. Kamery, wszechobecne i uciążliwe, nie mają żadnych widocznych właścicieli. One... są. Istnieją w formie pasywnej, w głosie charakterystycznym dla komunikatu „błędy zostały popełnione”: „Zostałeś zarejestrowany przez kamerę”.

Są jak wyłaniająca się z ukrycia właściwość systemu, z typowym dla niego poczuciem obawy i szukaniem tanich odpowiedzi. I są wszędzie: mieszkańcy Londynu są fotografowani ponad 300 razy dziennie.

Ironia polega na tym, że kamery bezpieczeństwa patrzą, ale nikogo to nie przejmuje. Telewizja przemysłowa nie robi wrażenia na ćpunach. Nie odstrasza chorych umysłowo gwałcicieli oraz innych osób dokonujących aktów nagłej, bezsensownej przemocy. Gdy mieszkałem w San Francisco, dwukrotnie napadli mnie na rogu mojej ulicy handlarze kokainą – w polu widzenia dwóch kamer i posterunku policji. Ćpun okradł wypożyczony przeze mnie samochód w warsztacie w dzielnicy Gastown w Vancouver – na widoku kamery.

W zeszłym roku trzy postrzelone dzieciaki śledziły mojego znajomego od wyjścia z londyńskiego metra i zamordowały go na progu jego domu.

Chorzy psychicznie, zdesperowani, brutalni ludzie nie dokonują racjonalnych kalkulacji dotyczących swojego życia. Każdy, kto staje się ćpunem, handluje kokainą albo kradnie telefony komórkowe, w oczywisty sposób nie radzi sobie z podejmowaniem życiowych decyzji. Takich ludzi inwigilacja nie odstrasza.

Tym niemniej kamery plenią się i zastępują ludzkie oczy. Gliniarze w moim kwartale ulic w San Francisco siedzieli w samochodach i pozwolili patrzeć kamerom. Na stacji metra nie było po zmroku żadnych ochroniarzy-ludzi – tylko kamera mająca nagrywać gapowiczów.

W tej chwili rady miejskie Londynu instalują nowe kamery z głośnikami, obsługiwane zdalnie przez gliniarzy, którzy mogą się włączyć i spowodować, żeby megafon szczeknął na ciebie: „Obywatelu, podnieś rzucony śmieć”. „Przestań łypać na tę kobietę”. „Ruszaj dalej”.

Pewnie, to zadziała.

Otoczone szklanym kloszem kamery mnożą się z każdym dniem, a mentalność zamkniętych osiedli z dalekich przedmieść zagraża naszym miastom inwazją. Więcej kamer w domofonach, więcej kamer przy skrzynkach na listy, więcej kamer w naszych samochodach.

Miasto przyszłości przybiera kształt dobrze znajomego Panopticonu, opartego o możność obserwacji wszystkiego i pozostawania niewidocznym; Panopticonu, w którym każde włożenie palca do nosa zostaje zauważone, odnotowane i umieszczone w internecie. Jasne, że nie masz nic do ukrycia, ale istnieje powód, dla którego przed spuszczeniem spodni zamykamy drzwi do toalety. Każdy robi kupę, ale tylko szczególnego rodzaju osoba chce to robić publicznie.

Sztuka polega na tym, żeby powstrzymać rosnące w liczbę policyjne kamery. Gdy miasto inwigiluje swoich mieszkańców, legitymizuje nasze wzajemne podglądactwo – na czym polega różnica między śledzącymi każdy twój ruch glinami, a obserwującymi cię właścicielami centrum handlowego albo tobą podglądającym sąsiada?

Jestem optymistą. Myślę, że nasze społeczne kontrakty są silniejsze od technologii. To najsilniejsze więzi, które mamy. Nie celujemy nawzajem w swoje okna z teleskopów, bo robią to tylko szajbusy.

Ale musimy odzyskać prawo do rejestrowania tego, co dzieje się w naszym własnym życiu. Potrzebujemy doprowadzić do unieważnienia decyzji takich jak ta, która pozwoliła zarządowi publicznych środków transportu w Nowym Jorku [New York Metropolitan Transit Authority] naszpikować perony stacji metra „antyterrorystycznymi” kamerami, ale pasażerom zakazała robienia zdjęć. Musimy odzyskać prawo do fotografowania naszego dziedzictwa w muzeach i galeriach. I zniechęcić ochroniarzy do używania miniaturowych kamer, które powodują, że nie wyciągamy z kieszeni naszych aparatów.

To nasze miasta i nasze instytucje. I my wybieramy, w jakiej przyszłości chcemy żyć.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Cory Doctorow, Snitchtown, http://www.forbes.com/2007/06/11/urban-surveillance-security-biz-21cities_cx_cd_0611futurecity_print.html

Snitchtown opublikowano na stronie Forbes.com 11 czerwca 2007 r.




2008/03/26

Tłumaczenie: Cory Doctorow „Rozdając za darmo”

Rozpowszechniałem moje książki za darmo od momentu publikacji mojej pierwszej powieści – i w dodatku sporo na tym zarobiłem.

Gdy w styczniu 2003 r. Tor Books wydało moją pierwszą powieść, Down and Out in the Magic Kingdom, umieściłem jej elektroniczną wersję w internecie na licencji Creative Commons, co zachęciło czytelników do kopiowania książki na szeroką skalę. W ciągu jednego dnia plik z powieścią pobrano 30.000 razy (a ci, którzy to zrobili, mogli dalej ją kopiować). Po trzech latach i sześciu dodrukach książkę ściągnięto z mojej strony 700.000 razy. Nie jestem w stanie zliczyć, na ile języków ją przetłumaczono; kluczowe idee powieści wykorzystano przy tworzeniu oprogramowania, a w sieci konkurują ze sobą dwie adaptacje dźwiękowe autorstwa fanów.

Większość ludzi, którzy ściągają książkę, potem jej nie kupuje – ale i tak by jej nie kupili, więc nie straciłem żadnych przychodów ze sprzedaży, tylko zyskałem czytelników. Znikoma mniejszość traktuje darmowego ebooka jako substytut wersji drukowanej – to są stracone przychody ze sprzedaży. Ale dużo większa mniejszość traktuje książkę elektroniczną jako zachętę do kupienia wersji drukowanej. To zyski. Tak długo, jak zyski przekraczają straty, jestem do przodu. Tak czy inaczej dystrybucja niemal miliona kopii mojej książki nic mnie nie kosztowała.

Książka elektroniczna ma tę szczególną cechę, że jest czymś społecznym. Chce być kopiowana dla znajomych, rozsyłana z palmtopów, wklejana na listy mailingowe. Błaga, żeby zrobić z niej dowcipną sygnaturkę pod tekstem maila. Porusza się w sposób tak szybki i nieuchwytny, że może ogarnąć wszystkie aspekty twojego życia. Nic tak nie pomaga w sprzedaży książek jak osobista rekomendacja. Gdy pracowałem w księgarni, najprzyjemniejsze słowa, które mogliśmy usłyszeć, brzmiały: „Znajomy doradził mi, żeby kupić...” Ten znajomy doprowadził do zakupu; nam pozostało tylko jego sfinalizowanie. W epoce internetowych przyjaźni łatwiej uzyskać ustną rekomendację za pomocą ebooka niż martwych drzew.

Są dwie rzeczy, o które pisarze pytają mnie w związku z tą inicjatywą. Po pierwsze: czy dzięki temu sprzedaje się więcej książek? I po drugie: jak namówiłeś swojego wydawcę, żeby zgodził się na ten szalony projekt?

Nie da się empirycznie udowodnić, że rozdawanie książek za darmo zwiększa ich sprzedaż – ale zrobiłem tak z trzema powieściami i zbiorem krótkich opowiadań (a w przyszłym roku zrobię to z dwiema kolejnymi powieściami i następną kolekcją opowiadań) – i liczba sprzedanych egzemplarzy moich książek za każdym razem przekraczała oczekiwania wydawcy. Porównanie wyników sprzedaży moich książek i z danymi dotyczącymi dzieł moich kolegów po fachu wskazuje, że moje książki radzą sobie nieco lepiej od utworów podobnych pisarzy na porównywalnym etapie twórczości. Ale bez cofnięcia się w czasie i ponownego wydania w takich samych okolicznościach tych samych książek bez programu darmowych ebooków, nie ma sposobu, żeby zyskać pewność.

Co jest pewne, to fakt, że każdy pisarz, który spróbował rozdawania za darmo ebooków w celu zwiększenia sprzedaży książek papierowych, wyszedł z tego doświadczenia usatysfakcjonowany.

Jak przekonałem Tor Books, żeby pozwoliło mi to zrobić? Tor Books to nie gotowy na każde ryzyko internetowy dorobkiewicz. To największy na świecie wydawca literatury science-fiction, stanowiący część niemieckiego giganta Holtzbrinck. To nie specyficznie pachnący infohipisi, którzy wierzą w to, że informacja chce być wolna. Są raczej bardzo zatroskanymi o wyniki finansowe taksatorami świata science-fiction, najprawdopodobniej najbardziej społecznego spośród gatunków literackich. Science-fiction napędzają zorganizowani entuzjaści – ochotnicy, którzy tydzień w tydzień urządzają w każdym zakątku świata setki spotkań literackich. Ci niestrudzeni promotorzy traktują książki jako znaki tożsamości i doniosłego znaczenia artefakty kultury. Głoszą ich pochwałę, tworzą wokół nich subkultury, cytują je podczas sporów politycznych, czasem nawet w oparciu o nie zmieniają swoje życie i pracę.

Ponadto, pierwsi fani science-fiction określili charakter samego internetu jako medium społecznego. Biorąc pod uwagę wysoką współzależność między pracą o charakterze technicznym a czytaniem SF, w nieunikniony sposób pierwsze nie dotyczące techniki dyskusje w sieci prowadzono na temat science-fiction. Internetowe zwyczaje niezobowiązującej gaduły, organizowania się fanów, publikowania i rozrywki pochodzą od fanów SF, a jeśli jakiś gatunek literacki ma w cyberprzestrzeni swoje naturalne miejsce, to właśnie science-fiction – gatunek, który ukuł termin „cyberprzestrzeń”.

Rzeczywiście, science-fiction to pierwszy gatunek literacki szeroko piratowany w internecie na kanałach „bookwarez”, gdzie umieszczano książki skanowane ręcznie, strona po stronie, które przekształcano na cyfrowy tekst i robiono korektę. Nawet dziś najczęściej piratowaną w sieci literaturą pozostaje SF.

Nic nie mogłoby mi dać na przyszłość więcej optymizmu. Jak napisał w swoim fundamentalnym eseju Piractwo to opodatkowanie progresywne [Piracy is Progressive Taxation] Tim O’Reilly, wydawca: „bycie na tyle znanym, żeby cię piratowano, to koronne osiągnięcie”. Wolę oprzeć moją przyszłość na literaturze, która obchodzi ludzi na tyle, że kradną, niż poświęcić życie takiemu jej rodzajowi, na który nie ma miejsca w dominującym obecnie medium.

A co z przyszłością? Wielu autorów obawia się, że książki elektroniczne z coraz większą łatwością będą zastępować drukowane ze względu na zmieniających się czytelników i lepszą technologię. Podchodzę do tego lęku ze sceptycyzmem – kodeks [format książki] przetrwał wieki jako prosta i elegancka odpowiedź na pytanie o funkcjonalność potrzebną przy druku – aczkolwiek dla stosunkowo niewielkiej liczby osób. Większość ludzi nie jest i nigdy nie będzie czytelnikami – ale ci, którzy nimi są, będą nimi zawsze i niewątpliwie są oni żądni książek papierowych.

Ale powiedzenie tego uważa się za stwierdzenie, że książki elektroniczne to jedyne, czego wszyscy chcą.

Nie sądzę, aby żądanie opłat za utwory w formie elektronicznej było praktyczne. Bity nigdy nie staną się trudniejsze do skopiowania. Musimy więc wymyślić, jak zarabiać na czym innym. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie można żądać opłat za kopiowalny bit, ale dziś z pewnością nie da się już zmusić czytelnika do płacenia za dostęp do informacji.

To nie pierwszy raz, kiedy twórczy przedsiębiorcy znajdują się w okresie przejściowym. Aktorzy wodewilowi musieli przerzucić się na radio – dokonać nagłej zmiany – z sytuacji, gdy posiadali pełną kontrolę nad tym, komu wolno słuchać ich występu (jeśli ktoś nie kupił biletu, zostawał wyrzucony z sali) na sytuację, w której nie mają na to absolutnie żadnego wpływu (występu mogła słuchać każda rodzina, w której dziecko potrafiło skonstruować odbiornik radiowy – ówczesny odpowiednik dzisiejszego zainstalowania oprogramowania do wymiany plików). Istniały modele biznesowe dla radia, ale przewidzenie ich a priori nie było łatwe. Któż mógłby się spodziewać, że radio będzie zawdzięczało swój wielki sukces stworzeniu systemu opłat za prawo odtwarzania utworów, zapewnieniu sobie przyzwolenia Kongresu w formie dekretu, założeniu stowarzyszenia zbierającego składki i wynalezieniu nowej wersji matematyki statystycznej w celu finansowania stowarzyszenia?

Przewidywania dotyczące przyszłości działalności wydawniczej – czy wiatr powieje z innej strony i książki drukowane staną się przeżytkiem – jest tak samo trudne. Nie wiem, jak w takim świecie pisarze zarabialiby na życie, ale wiem, że nigdy się tego nie dowiem odwracając się plecami do internetu. Znajdując się w centrum elektronicznej działalności wydawniczej, obserwując, co setki tysięcy czytelników robią z moimi książkami, zdobywam lepsze rozeznanie rynku niż w jakikolwiek inny sposób. Podobnie mój wydawca. Tak jak ja podchodzę na serio do kontynuowania w przewidywalnej przyszłości pracy pisarza – tak samo podchodzą do tego z powagą Tor Books i Holtzbrinck. Dla nich przyszłość działalności wydawniczej jest jeszcze ważniejsza niż dla mnie. Więc kiedy przedstawiłem im plan rozdawania książek w celu ich sprzedawania, długo się nie zastanawiali.

Dla mnie to także dobry interes. „Badanie rynku” polegające na udostępnianiu za darmo ebooków pomaga w sprzedaży książek drukowanych. Ponadto, większe czytelnictwo moich książek otwiera mi dużo innych możliwości zarobienia pieniędzy za prace związane z pisaniem – takie jak katedra Fulbrighta, którą otrzymałem w tym roku na USC [University of Southern California], ten bardzo dobrze płatny artykuł w „Forbesie”, wygłaszanie odczytów i inne sposobności do tego, żeby uczyć, pisać i udzielać licencji na tłumaczenie oraz adaptację moich utworów. Niestrudzone popularyzowanie przez fanów tego, co piszę pomaga nie tylko w sprzedaży moich książek – promuje również mnie.

Złote czasy, kiedy setki autorów żyły tylko i wyłącznie z tantiem za swoje utwory, to bzdura. Na przestrzeni dziejów dochody starających się związać koniec z końcem pisarzy pochodziły z codziennej pracy, uczenia, darowizn, spadków, tłumaczeń, udzielania licencji i różnych innych źródeł. Internet nie tylko pomaga mi sprzedawać więcej książek – daje mi też więcej możliwości zarabiania na działalności związanej z pisaniem.

Nigdy wcześniej w historii ludzie nie czytali tylu słów napisanych przez tylu autorów, co dziś. Internet to literacki świat słowa pisanego. Jakie to dla pisarzy miłe.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Cory Doctorow, Giving It Away, http://www.forbes.com/2006/11/30/cory-doctorow-copyright-tech-media_cz_cd_books06_1201doctorow_print.html

Giving It Away opublikowano na stronie Forbes.com 1 grudnia 2006 r.

_______

Pliki z elektronicznymi wersjami książek Cory’ego Doctorowa można pobrać stąd:
http://craphound.com/index.php?cat=5




2008/01/09

Tłumaczenie: Peter Anderson „Gliniarz odpowiada”

(Objaśnienie: poniższe opowiadanie zostało napisane jako odpowiedź na Printcrime Cory’ego Doctorowa [polskie tłumaczenie: Drukozbrodnia] – opowiedziane z perspektywy jednego z „gliniarzy”. Proponuję przeczytać najpierw pierwotne opowiadanie, a potem moje – inaczej to, co napisałem, może wydawać się bez sensu. Specjalne podziękowania dla Cory’ego za zezwolenie [na wykorzystanie jego opowiadania] i miłe słowa.)
1
Gliniarze [coppers] – tak nas nazywano – na początku ze względu na miedziany [copper] kolor guzików, lśniących na naszych piersiach i całym mundurze, ale później ze względu na sposób, w jaki zawsze zmuszaliśmy ich, aby przyznali się do swoich przestępstw. Z czasem sami zaczęliśmy się tak nazywać. I faktycznie się przyznawali – zawsze. Niektórzy najpierw twierdzili, że są niewinni, ale po zaledwie kilku minutach w pokoju przesłuchań przyznawali się do wszystkiego – żebyśmy tylko przestali. Większość z nich moglibyśmy prawdopodobnie aresztować i tak, zamknąć na czas nieokreślony, ale formalne przyznanie się czyniło ich winę czymś oficjalnym – schludnym, czystym, wyraźnym i bezsprzecznym w oczach dowolnego prawnika, który mógłby wmieszać się w sprawę – nie żeby wielu to robiło.

2
Jednak Kessler był inny i za to go w pewien sposób podziwiałem. W przeciwieństwie do reszty drukarskiej hołoty, nigdy nie krzyczał o prawnika, ani nie twierdził, że jest niewinny. Zamiast tego zachowywał się spokojnie, przyznając się do winy od momentu, gdy z megafonu zagrzmiał akt oskarżenia, a my, trzymając za kostki, wyciągnęliśmy go z domu i wlekliśmy, uderzając jego głową w schody. Niektórzy mogliby powiedzieć, że – skoro poddał się z taką uległością – brutalne traktowanie – wywlekanie go na zewnątrz i niszczenie jego domu – nie było wcale potrzebne. I może mieliby rację. Ale i tak, pijani władzą, wymachiwaliśmy pałami, roztrzaskując czaszki i demolując sprzęty – dla czystej frajdy.

3
Zawsze robiliśmy show, porwani szaleńczym duchem aresztowania. Oczywiście, dawało nam to przyjemność – i dlatego to robiliśmy – ale takie traktowanie oskarżonych Departament uważał za środek odstraszający – i dlatego stanowiło ono oficjalną linię postępowania. Rozwalić wszystko – witrażowe lampy, kufry podróżne, sprzęty, naczynia, okna – i niczego nie sprzątać – dla przypomnienia, dlaczego wszyscy obywatele powinni być posłuszni ustawom, niezależnie od tego, czy się na to zgadzają, czy nie. Kessler miał więcej niż inni śmieci, pochodzących prawdopodobnie z nielegalnego druku. Miał nawet tę śmieszną klatkę, którą zniszczyłem jednym depnięciem buta. Nie widziałem w środku żadnego ptaka, ale jeśli mieszkał w domu Kesslera, musiał być przestępcą – tak jak on – i zasłużył na to, co dostał.

4
Kesslera zdemolowaliśmy prawie tak mocno, jak jego dom. Pracowaliśmy nad nim we trójkę pałkami i pięściami, a kiedy upadł – metalowymi okuciami butów. Kiedy go wywlekliśmy, był połamany i zakrwawiony. Zatrzymaliśmy się na minutę, żeby dziennikarzyki mogły zrobić zdjęcia. Wszyscy szczerzyliśmy się do aparatów, jakbyśmy ustrzelili dorodnego jelenia. Potem wrzuciliśmy Kesslera na tył furgonu. Znów – odstraszanie. Wiedzieliśmy, że dziennikarzyki służbiście doniosą o tym, co zaszło, chwaląc naszą sumienność i wysyłając sygnał ostrzegawczy do wszystkich obywateli. Do obywateli takich jak sąsiedzi Kesslera, którzy kulili się ze strachu za zamkniętymi drzwiami i nie przyszli mu z pomocą – do tych samych ludzi, którym Kessler pomagał, dostarczając nielegalne produkty.

5
Dobytek przestępcy zostawialiśmy na miejscu, jako groźny komunikat administracji publicznej – cały dobytek, to znaczy z wyjątkiem drukarki, która – nawet rozwalona – wciąż mogła być niebezpieczna. Ci drukarze to sprytni złodzieje, którzy bez wątpienia zdołaliby wyciągnąć ze strzaskanego urządzenia jego parametry i stworzyć kolejne, dobre jak nowe i tak samo niebezpieczne dla cywilizowanego porządku życia, jak to, które wzięli za wzór. Drukarze nie mieli żadnych skrupułów, jeśli chodzi o produkowanie wysokiej jakości farmaceutyków, komputerów, sprzętów domowych – wszystkiego, co, zgodnie ze świętą literą prawa, stanowiło wyłączną domenę Korporacji. Drukarkę należało zabrać na posterunek dla bezpiecznego przechowania i jako trofeum – ale, na szczęście dla nas, rzadko jako dowód w jakimkolwiek procesie.

6
Kessler szybko poddał się sprawiedliwości, przyjmując wyrok ze spokojem. Moi przełożeni byli do tego stopnia zadowoleni z unieszkodliwienia tak wysoko postawionego fałszerza, że dali mi awans na funkcjonariusza więziennego w zakładzie, gdzie trzymano Kesslera – po tym, jak w końcu wypuszczono go ze szpitala. Od chwili, gdy przybył do więzienia, siedziałem mu na karku – budziłem go o nieludzkich porach, podtruwałem mu jedzenie, nawet sprowokowałem między nim a innym więźniem bójkę, wskutek której zaczął poważnie utykać i w obawie przede mną bez przerwy oglądał się za siebie.

7
Ale czasy się zmieniły. Oczywiście, wciąż dominowała Korporacja, ale władzę przejęła nowa Administracja, bezmyślnie litująca się nad przestępcami, którzy – nawet za kratami więzienia – wciąż stanowili poważne zagrożenie dla państwa. Administracja przejęła władanie nad Departamentem, lekkomyślnie traktując z łagodnością więźniów, których nazwała „niesłusznie skazanymi”. Wśród nich znalazł się Kessler, którego ułaskawiono po odsiedzeniu zaledwie dziesięciu lat z pięćdziesięcioletniego wyroku. A ja zostałem zdegradowany, oddelegowany z powrotem do regularnych patroli, a ponieważ wobec Administracji i Departamentu byłem bezsilny, korzystałem z władzy tam, gdzie się dało. To znaczy, w stosunku do Kesslera. Kiedy doszły mnie wieści, że wypytuje o masę drukarską, szukając nowego źródła dostaw – w sytuacji, gdy stare zostały wyeliminowane – wiedziałem, że coś szykuje.

8
Jednak z powrotem na patrolu nie jest już tak, jak w starych, dawnych czasach. Nie mogę po prostu kopniakami wyważać drzwi, rozwalać łbów i wymuszać od opornych przyznania się do winy. Zamiast tego muszę prowadzić inwigilację, gromadzić dowody i – żeby kogoś aresztować, nawet za najdrobniejsze przestępstwo – zdobywać nakazy – prawdziwe, a nie udzielane automatycznie, jak dawniej. Zamiast stosować brutalną siłę, muszę przypatrywać się i obserwować. To na swój sposób interesujące – ćwiczenie intelektualne zamiast niegdysiejszego stosowania siły fizycznej. Więc przypatruję się i obserwuję Kesslera i jego córkę – pociągającą osiemnastolatkę o imieniu Lane. Kiedy wsadziłem Kesslera do więzienia, była zaledwie dzieckiem, ale od tej pory dojrzała i stała się bardzo atrakcyjną panną. Obserwuję ich pewnego popołudnia przez okno kuchenne; są w salonie; on siedzi w kącie, a ona nerwowo spaceruje – długie nogi i obcisłe spodnie – ale chociaż widzę ich dosyć wyraźnie, słyszę ich bardzo słabo przez moskitierę.

9
Szybko orientuję się, że Kessler zmienił swoje metody. Sąsiedzi nie wparadowują już do jego domu o różnych porach, żeby kupić leki, drobne przedmioty i sprzęty. Zamiast tego każdego dnia przybywa tylko jeden lub dwóch gości – przychodzą jedynie z pełnymi nadziei twarzami i niedługo później wychodzą z zupełnie pustymi rękami. Myślę, że Kessler przestawia się na produkty dla bogatych i albo nie ma ich jeszcze gotowych, albo są tak drogie, że nikogo na nie nie stać.

10
Przez otwarte okno kuchenne słyszę tylko urywki rozmowy – „warte pójścia do więzienia”, „już nigdy” – i słyszę jak Kessler siorbie, jakby coś pociągał z filiżanki, a potem głośno wzdycha. Słyszę jak mówi: „Chcę ci coś powiedzieć na ucho...” – zanim szum generatora zagłusza jego głos. Wyjawia swój sekretny plan, który wymyślił – tylko jej.

11
Wpatruję się w salon przez okno, mijając wzrokiem postrzępioną moskitierę i brudną zasłonę; widzę w przelocie smukłe biodra córki Kesslera, która nachyla się, żeby usłyszeć tajemnicę. Przez chwilę wyobrażam sobie, że jestem na jego miejscu – nie jako przestępca, wyjawiający szeptem swój najnowszy plan, ale jako obiekt zainteresowania młodej kobiety – takiej, jak ona; delikatnej i gibkiej, o słodkim oddechu i ciemnobrązowych oczach – i, w przeciwieństwie do uczuć Kesslera, moje uczucia nie są wcale ojcowskie. I wyobrażam sobie, że... nie, nie mogę sobie takich rzeczy wyobrażać, nie teraz. Teraz mam do wykonania zadanie. Reszta niech będzie dodatkową korzyścią, która z niego wynika, a nie nim samym.

12
Widzę, jak dziewczyna raptownie się prostuje, jakby w szoku; jakby plan Kesslera był tak zuchwały, że wzdraga się na samą myśl o nim. Jest jasne, że Kessler wykombinował coś poważnego – a ja o tym wiem i dorwę go. Na razie po prostu będę go bacznie śledził, chociaż teraz ja i inni gliniarze mamy z tym ciężko; ale mimo trudności wsadzę Kesslera do więzienia – tym razem na dobre. Powinno mi się udać zdobyć na niego jakieś dowody – delikatnie i elegancko – choć wolałbym robić to po staremu, wywalając drzwi z zawiasów i rozwalając łby. A wkrótce znowu będę mógł to robić, bo obecna Administracja już zaczyna tracić kontrolę. Władza wraca w ręce drugiej strony – w ręce takich jak ja gliniarzy, którzy wolą używać siły. Ten słodki dzień wkrótce nadejdzie, a kiedy to się stanie, docenię to tym bardziej, bo tak długo mi tego brakowało. Odzyskanie tego będzie warte więcej niż wszystko inne.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Peter Anderson, The Copper Responds, http://www.petelit.com/2007/12/the-copper-resp.html

The Copper Responds opublikowano na stronie PeteLit.com 2 grudnia 2007 r.

_______

Ten tekst jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0 Unported.



2008/01/01

Tłumaczenie: Cory Doctorow „Drukozbrodnia”

Gliniarze rozwalili drukarkę mojego taty, kiedy miałam osiem lat. Pamiętam jej gorący zapach, podobny do zapachu aluminiowej folii w mikrofalówce, i widok wściekle skoncentrowanego Tatusia, napełniającego drukarkę świeżą maziowatą masą drukarską, i wychodzące z niej przedmioty, przypominające w dotyku świeże wypieki.
Gliniarze weszli przez drzwi, wymachując pałkami; jeden z nich recytował przez megafon nakaz [sądowy]. Tatusia wsypał jeden z klientów. Ipolicja płaciła wysokiej jakości farmaceutykami – stymulantami, suplementami na polepszenie pamięci, szczepionkami na poprawę metabolizmu. Tego rodzaju rzeczami, które bez recepty kosztują fortunę; tego rodzaju rzeczami, które mógłbyś wydrukować w domu, gdyby nie przejmowało cię ryzyko, że twoja kuchnia nagle wypełni się dużymi, napakowanymi cielskami, a twarde pałki zaczną ze świstem przecinać powietrze, demolując wszystkich i wszystko, co stanęło im na drodze.

Zniszczyli kufer babci; ten, który przywiozła jeszcze z ojczystych stron. Rozwalili naszą małą lodówkę i oczyszczacz powietrza nad oknem. Mój kanarek uniknął śmierci, przycupnąwszy w kącie klatki, kiedy duża, obuta stopa zmieniła większą jej część w żałosny kłębek drutu.

Tatuś. Co oni mu zrobili. Kiedy z nim skończyli, wyglądał jakby wziął udział w bijatyce z całą drużyną rugbystów. Wywlekli go za drzwi i pozwolili wszystkim dziennikarzykom dobrze mu się przyjrzeć, kiedy wrzucali go do auta. Przez cały ten czas rzecznik opowiadał światu, że mój Tatuś odpowiada za piracką produkcję nielegalnych przedmiotów o wartości co najmniej 20 milionów i że mój Tatuś, zdesperowany złoczyńca, opierał się przy aresztowaniu.

Widziałam to wszystko przez mój telefon, siedząc w tym, co pozostało z naszego salonu, oglądając to na wyświetlaczu i zastanawiając się, jak ktokolwiek, popatrzywszy na nasze małe mieszkanko i nędzny, lichy majątek, mógł pomylić je z posiadłością szefa zorganizowanej grupy przestępczej. Oczywiście, zabrali drukarkę i wystawili na widok dziennikarzyków, jak trofeum. Jej mały przybytek we wnęce kuchennej wydawał się okropnie pusty. Kiedy się ocknęłam, ogarnęłam mieszkanie, oswobodziłam biednego ćwierkającego kanarka i postawiłam na miejscu drukarki mikser. Był zrobiony z wydrukowanych części, więc starczyłby tylko na miesiąc, zanim musiałabym wydrukować nowe łożyska i inne ruchome części. W tamtych czasach umiałam rozebrać i złożyć na nowo wszystko, co dało się wydrukować.

Kiedy skończyłam osiemnaście lat, byli gotowi wypuścić Tatusia z więzienia. Odwiedziłam go trzy razy – w moje dziesiąte urodziny, w jego pięćdziesiąte i kiedy umarła Mamusia. Minęły dwa lata, od kiedy widziałam go po raz ostatni. Wyglądał źle. Wskutek uczestnictwa w więziennej bójce utykał i oglądał się za siebie tak często, że wyglądało, jakby miał tik. Czułam wstyd, kiedy minitaksówka wysadziła nas przed domem, i starałam się zachować pewien dystans od tego zniszczonego, kuśtykającego szkieletu, kiedy wchodziliśmy do środka i schodami na górę.

– Lanie – powiedział, sadzając mnie na krześle. – Wiem, że jesteś bystrą dziewczyną. Nie wiesz może, skąd twój stary Tatuś mógłby wziąć jakąś drukarkę i trochę masy drukarskiej?

Zacisnęłam ręce w pięści tak mocno, że paznokcie wpiły mi się w dłonie. Zamknęłam oczy.

– Tatusiu, siedziałeś w więzieniu przez dziesięć lat. Dziesięć. Lat. Będziesz ryzykował kolejnych dziesięć lat, żeby drukować nowe miksery i leki, nowe laptopy i markowe kapelusze?

Uśmiechnął się szeroko.

– Nie jestem głupi, Lanie. Dostałem już nauczkę. Nie warto iść do więzienia za żaden kapelusz ani laptop. Już nigdy nie wydrukuję żadnych tego rodzaju śmieci.

Trzymał w ręku filiżankę herbaty i pił ją teraz, jakby to była whisky – łyk, a potem długi, głęboki wydech. Zamknął oczy i odchylił się do tyłu na krześle.

– Chodź tutaj, Lanie, chcę ci coś powiedzieć na ucho. Powiem ci, co zdecydowałem, kiedy spędzałem dziesięć lat w zamknięciu. Podejdź i podsłuchaj swojego głupiego Tatusia.

Poczułam się winna, że go zbeształam. Było jasne, że sfiksował. Bóg jeden wie, co przeszedł w więzieniu.

– Co takiego, Tatusiu? – zapytałam, nachylając się blisko.

– Lanie, będę drukował nowe drukarki. Dużo nowych drukarek. Po jednej dla każdego. To warte pójścia do więzienia. To warte wszystkiego.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Cory Doctorow, Printcrime, http://craphound.com/?p=573

Printcrime opublikowano po raz pierwszy w magazynie „Nature” w styczniu 2006 r.

_______

Printcrime znajduje się w zbiorze opowiadań i nowel Overclocked: Stories of the Future Present, który można pobrać za darmo ze strony Cory’ego Doctorowa.

Na stronie Escape Pod można posłuchać Printcrime w interpretacji Karen Roman: http://escapepod.org/2007/01/09/ep-flash-printcrime/






_______

Ten tekst jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.