Showing posts with label wolność. Show all posts
Showing posts with label wolność. Show all posts

2010/03/16

Tłumaczenie: James Leroy Wilson „Standard życiowy a jakość życia”

Trudności gospodarcze mogą pomóc w wyborze lepszego sposobu życia.

— Tatusiu, weźmiesz mnie na ręce?

— Rosie, jesteś już wystarczająco duża, żeby iść całą drogę pieszo. To tylko parę przecznic stąd.

Był piękny ranek. Idąc swoim osiedlem, tatuś z córką machali przyjaźnie do ludzi pracujących w swoich przydomowych ogródkach.

— Chciałabym, żeby babcia nie mieszkała tak daleko! — poskarżyła się Rose.

Tata zaśmiał się. — Masz szczęście, że babcia mieszka tylko parę ulic stąd. Kiedy byłem w twoim wieku, moi dziadkowie mieszkali dwa tysiące mil ode mnie!

— Dwa tysiące! — Milton, starszy brat Rose, aż zaniemówił. — Czy kiedykolwiek się z nimi widywałeś?

— No, jakiś raz albo dwa w roku. Lecieliśmy z wizytą do nich, a czasami oni do nas. Ale potem latanie zrobiło się za drogie, a samoloty strasznie się spóźniały – a to nic przyjemnego ani dla dzieci, ani dla rodziców. Próbowaliśmy jeździć do dziadków samochodem, ale były trudności z tym, żeby oboje moi rodzice w tym samym czasie dostali urlop w pracy. Dojazd zabierał nam cztery dni; powrót – tyle samo; a wszystko, żeby zobaczyć się z babcią i dziadkiem na zaledwie pięć dni. A zresztą benzyna tak poszła w górę, że nawet jeżdżenie zrobiło się za drogie. Więc potem widywaliśmy się z nimi raz na jakieś dwa lata.

— Ale dlaczego dziadkowie mieszkali tak daleko od was?

— Ze względu na pracę dziadka – i mojej mamy też.

— Dlaczego nie mieszkali bliżej i nie zajmowali się czym innym?

— Dobre pytanie. Musieli trzymać się blisko firm, dla których pracowali, bo to one płaciły za ich leczenie.

— Tatusiu, czy dziadkowie byli niewolnikami?

Tata zaśmiał się. — Nie! Nie to miałem... Skąd. — Ale pomyślał sobie: „Może w pewnym sensie nimi byli”.

Milton zapytał:
— Dlaczego latanie zrobiło się takie drogie?

Tata powiedział:
— Cóż, to było wtedy, kiedy wszystko tak zdrożało. Nie tylko paliwo – jedzenie też. Zaczęło się, kiedy Bank Rezerwy Federalnej drukował coraz więcej pieniędzy, żeby finansować wydatki, które rząd robił mimo deficytu budżetowego. Wydawanie pieniędzy mimo dziury w budżecie polega na tym, że rząd wydaje więcej niż zbierze w podatkach; a rząd wydawał olbrzymie sumy. Na dobitkę robił to nieudacznie, finansując głupie wojny, a to doprowadziło do wzrostu cen wszystkiego – poczynając od paliwa i jedzenia.

Milton powiedział:
— To brzmi okropnie. Co zrobiliście?

Tata odpowiedział:
— Ludzie przestali robić to, co dotychczas, i zadali sobie pytanie, dlaczego żyją w ten, a nie inny sposób. Zapytali, dlaczego w samolocie traktuje się ich jak bydło. Dlaczego zdziera się z nich na stacji benzynowej i w supermarkecie. Wiele osób chciało, żeby rząd coś zrobił, aby im pomóc, bo nie rozumiało, że to właśnie rząd był przyczyną ich problemów. Ale inni, tak jak twoja babcia, zabrali się do roboty.

— Co zrobiła babcia? — zapytał Milton.

— No cóż, widzisz wszystkich tych ludzi pracujących w swoich ogródkach? Tych ogródków kiedyś tu nie było. Ludzie mieli trawniki i szli między sobą w zawody o to, kto ma najpiękniejszą i najzieleńszą trawę. Ale twoja babcia wróciła pewnego dnia z supermarketu, usiadła i powiedziała: „Dość tego. Będziemy mieli nasze własne jedzenie”. I następnej wiosny w miejscu, gdzie poprzednio rosła trawa, babcia założyła ogródek warzywny.

Żebyś tylko widział, jakiego szału dostali niektórzy sąsiedzi babci. Wspólnota mieszkaniowa pozwała ją do sądu, twierdząc, że jej ogród psuje widok i że spadnie wartość pozostałych nieruchomości. Ale rok później kolejne osoby zaczęły zakładać własne ogródki w miejsce trawników.

I nie skończyło się na samych trawnikach. Ludzie zaczęli wprowadzać w domach ulepszenia, aby oszczędzać więcej energii. Nie robili tego w trosce o środowisko, ale o własną kieszeń. Sąsiedzi zaczęli dzielić się ze sobą swoimi pomysłami i wspólnie pracować – podczas gdy wcześniej prawie nie otwierali do siebie ust.

Wiele innych rzeczy ludzie również zaczęli robić inaczej. Wcześniej jeździli wszędzie samochodami, korzystali z wind i schodów ruchomych, aby potem płacić za możliwość wyciskania z siebie siódmych potów w siłowni. Ale konieczność oszczędzania doprowadziła do porzucenia siłowni. Ludzie zaczęli rzadziej korzystać z samochodów, a częściej chodzić pieszo i jeździć na rowerze, a w ramach ćwiczeń wchodzili na piętra po schodach. Niektóre rodziny zrezygnowały z własnych aut, decydując się na zakup vana wspólnie z sąsiadami i, gdy tylko się dało, wzajemnie się podwozili. Wiele dwudziestowiecznych wynalazków pozwalających uniknąć wysiłku było dostępnych na wyciągnięcie ręki, ale ludzie zdali sobie sprawę, że jeśli znów zaczną pracować fizycznie, zdołają spalić więcej kalorii i oszczędzić na rachunkach za energię. Wcześniej mnóstwo ludzi było bardzo otyłych, ale schudli. I to nie dlatego, żeby głodowali, ale dlatego, że zmieniali swój tryb życia.

Zaczęli też korzystać z targowisk; kupowali mleko, mięso, jajka i inne produkty bezpośrednio od okolicznych farmerów. To, co oferowali farmerzy, było świeższe i zdrowsze od żywności przetworzonej. Ludzie zrozumieli, że lepiej wychodzą na tym, jeśli przychody pozostają we wspólnocie lokalnej, zamiast wędrować hen daleko do wielkiej korporacji.

To właśnie wtedy twoja babcia, moja mama, rzuciła dotychczasową pracę i otworzyła domową piekarnię. Naruszało to miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego [zoning laws], ale ludzie opowiedzieli się po stronie babci, a przeciw rządowi. Gdy rząd uprzytomnił sobie, że jest bezsilny i nie zdoła rozprawić się z tym nowym sposobem życia, ludzie zrozumieli, że nie muszą lękać się rządu i stali się wolni. Coraz więcej ludzi zaczęło zatem pracować we własnych domach i na własny rachunek. Wcześniej mamusie i tatusiowie zajmowali różne posady w różnych miejscach, ale teraz coraz więcej z nich pracuje wspólnie we własnym domu, a to pozwala im być blisko swoich dzieci – zamiast oddawać je pod cudzą opiekę.

Bliżsi i dalsi członkowie rodziny postanowili trzymać się razem. Nigdy więcej bezsensownych długodystansowych podróży, aby się spotkać. Za czasów mojej młodości wiele rodzin rozdzielały duże odległości, ale teraz takich rozdzielonych rodzin jest mniej.

Milton powiedział:
— Zdaje się, że działo się wam wtedy dużo gorzej niż dziś. Ale niektórzy mówią, że nasz kraj przechodzi kryzys, że nie jesteśmy już tacy bogaci, jak kiedyś. Mówią, że musimy „przywrócić naszemu narodowi wielkość”. Czy to prawda?

Tata odpowiedział:
— To zależy od tego, jak rozumiesz bogactwo. Faktycznie, ludzie nie zarabiają teraz tyle pieniędzy, co wcześniej. Ale nie potrzebują tego. Jeśli sam wytwarzasz rzeczy, za które kiedyś płaciłeś, nie potrzebujesz pieniędzy. Jeśli masz blisko przyjaciół, rodzinę i pracę, nie potrzebujesz samochodów ani biletów na samolot. Ludzie, którzy chcą określać standard życiowy na podstawie ilości posiadanych pieniędzy, nie rozumieją, na czym rzecz polega. To jakość życia jest ważna – a ta jest obecnie lepsza niż kiedykolwiek. Ludzie, którzy chcą „przywrócić naszemu narodowi wielkość”, nawet nie wiedzą, co czyni naród wielkim. Oni przez „wielkość” rozumieją żołnierskie mundury, przemówienia polityczne i wielkie firmy zatrudniające rzesze ludzi do budowy czołgów, więzień i rakiet. Mówią o „wolności”, ale tak naprawdę chcą, aby rząd był tak potężny, jak dawniej – a to przeciwieństwo wolności. Nie staliśmy się naprawdę wolni, a nasz naród nie stał się naprawdę wielki, dopóki rząd nie zbankrutował i nie upadł. Ale oto jesteśmy na miejscu, pod domem babci. Boże, błogosław Amerykę!

_______

Tłumaczenie na podstawie:
James Leroy Wilson, Standard of Living vs. Quality of Life, http://www.partialobserver.com/article.cfm?id=2955&RSS=1

Standard of Living vs. Quality of Life opublikowano na stronie The Partial Observer 29 maja 2008 r.

James Leroy Wilson prowadzi blog Independent Country.



2010/01/22

Tłumaczenie: Eleutheros [1] „Wolność wyboru – najlepszy sos”


Z komentarzy pod poprzednim wpisem [Eleutheros, The Cause, not the Occasion, http://milesfrombabylon.blogspot.com/2008/10/cause-not-occasion.html]: „Pytanie: Jaką radę dałbyś komuś, kto ma szczerą chęć i wolę opuszczenia Babilonu?”.

Nie wiem. Nie wiem, w jakich warunkach żyjesz, ani jakie masz upodobania; nie wiem, jakimi środkami dysponujesz; nie znam Twojej przeszłości itd. Można by z łatwością zasugerować właściwie cokolwiek albo rozpocząć tyradę na temat sprawy wcale niejednoznacznej. Muszę zatem ograniczyć odpowiedź do opisania najbardziej podstawowej zasady postępowania człowieka wolnego.

Powyższe zdjęcie przedstawia przypominający katedralną nawę korytarz utworzony na jednym z poletek kukurydzy przez jej wysokie na 14 stóp [nieco ponad 4 metry – przyp. tłum.] łodygi. Po lewej stronie mniej więcej w połowie widzicie jedną kolbę wciąż sterczącą w górę, a kilka dalszych – pochylonych. Gdy w danej porze roku kukurydza już dojrzała, łodyga zaczyna się robić brązowa, a kolby pochylają się – w taki sposób, aby łupiny utworzyły płaszcz pozwalający kukurydzy obeschnąć w październikowym słońcu. Wkrótce rozpoczniemy zbiór, pozwolimy kukurydzy dosuszyć się do końca, potem obierzemy kolby z łupin i zrobimy zapas kukurydzy do zastosowań kulinarnych.

Prawdę mówiąc, z zeszłego roku zostało nam tej kukurydzy tyle, że starczyłoby i na ten. Nigdy nie wiadomo, kiedy przytrafi się nieurodzajny rok, więc, licząc się z ewentualnością jego nadejścia, większość zebranej w tym roku kukurydzy zachowamy na później. Przez cały rok kukurydza będzie mielona na mąkę, której potrzebujemy do upieczenia podstawowego składnika naszej diety – chleba kukurydzianego. Inny sposób to namoczyć kukurydzę w wodzie wapiennej i zrobić z niej masę do tortilli i tamales. Naturalnym i głównym rodzajem pożywienia jest jednak w naszej kulturze chleb kukurydziany po appalachijsku, który – wraz z suszoną fasolą, także pochodzącą z naszych upraw – daje zrównoważone ilości skrobii, białka i tłuszczu.

Te poletka – w tym roku jedno z nich obsadzone białą kukurydzą, a drugie – czerwoną – wciśnięto w dosyć wąski (mający może 70 stóp [ok. 20 metrów – przyp. tłum.] szerokości) pas zbocza położony nad górską kotliną. W dzisiejszych czasach niewielu uznałoby to miejsce za odpowiednie pod uprawy. Ziarna do siewu odkładano rok po roku z każdego ze zbiorów. Ziemię przygotowano za pomocą konia i stuletniego pługa. Żyzność gleby utrzymuje się stosując koński nawóz i kompost z liści. Innymi słowy, gdybyśmy zamknęli bramę naszego gospodarstwa [farmstead] na kłódkę i już nigdy nie uprawiali handlu z Babilonem, wciąż moglibyśmy uprawiać kukurydzę i fasolę – w nieskończoność. Amen.

Wielu spośród czytających wpisy na tym blogu albo inne teksty o podobnym charakterze wzdryga się z przerażeniem i obrzydzeniem na myśl o tym, w czym widzą wezwanie do wyizolowania się w jakimś odosobnionym zakątku świata i podtrzymywania swoich funkcji życiowych mizerną miską kukurydzianej papki po wszystkie dni swego istnienia. Są oni w wielkim błędzie.

O co chodzi w tej wykorzystującej podstawowe zdobycze techniki, wymagającej niewielkich środków własnych, samowystarczalnej gospodarce [subsistence economy] – co ona dla nas znaczy? To pytanie przywodzi na myśl Jacka Sparrowa, który, porzucony na pastwę losu wraz z Elizabeth Swann na bezludnej wyspie, powiedział jej, czym naprawdę jest Czarna Perła – to wolność. Tak jak dla Jacka statek – tak dla nas praktykowane od wieków rolnictwo oznacza wybór. A możliwość wyboru stanowi samą istotę i podstawę naszej ucieczki z Babilonu.

Moja odpowiedź anonimowemu komentatorowi brzmi zatem tak: Aby opuścić Babilon, musisz mieć możliwość wyboru. Niestety, bardzo prawdopodobne, że go nie masz – nawet jeśli jesteś święcie przekonany, że tak. Babilon, podobnie jak każdy system wyzysku i kontroli, może istnieć tylko dzięki ograniczaniu i eliminowaniu Twoich możliwości wyboru. Jak by nie patrzeć – jeśli faktycznie możesz dokonać wyboru, niewykluczone, że wybierzesz to, co przyniesie korzyść i rozwój Tobie i Twojej rodzinie, zamiast tego, na czym zyskuje Babilon.

Babilon musi zlikwidować możliwość dokonania przez Ciebie wyboru. Robi to za pomocą dwóch skutecznych sztuczek. Po pierwsze, proponuje Ci możliwość dokonywania pozornego wyboru, aby odwrócić Twoją uwagę od faktu, że w istocie nie masz żadnego wyboru. Desperacki manewr rodzica, który nie podołał swojemu rodzicielskiemu zadaniu, polega na tym, że – gdy dziecko upiera się, że nie chce dokądś iść – mówi mu się: „Musimy być gotowi do wyjścia; którą koszulę chcesz włożyć – niebieską czy czerwoną?”. Rodzic ma nadzieję, że wybieranie koloru koszuli pochłonie dziecko do tego stopnia, iż zapomni ono, że w ogóle nie chciało wychodzić. Naziści używali tej metody do kontrolowania Żydów, których zamierzali zamordować; jest ona nie mniej godna potępienia, gdy wykorzystuje ją ktokolwiek inny. A stosowanie opisanej taktyki stanowi nieodłączny element działań Babilonu.

Ludzie zawsze pytają nas na przykład o to, jakiego rodzaju alternatywnej energii elektrycznej używamy, bo przecież – mówią – jeśli macie zamiar wydostać się z Babilonu, z pewnością nie chcecie być podłączeni do sieci! Wybór między zasilaniem, powiedzmy, energią słoneczną a korzystaniem z sieci, jest pozorny. Jeśli „wywiniesz się” od zobowiązywania się do comiesięcznego uiszczania rachunku za prąd, obarczysz się koniecznością utrzymywania własnego tracącego na wartości i niszczejącego systemu wytwarzania energii elektrycznej. Co więcej, jeśli Twój domowy system to jedyne źródło prądu, z jakiego korzystasz, ilość energii, jaką jesteś w stanie wytworzyć, jest tak niewielka, że musisz drastycznie ograniczyć jej zużycie. Nie będziesz mógł, na przykład, korzystać z kuchenki elektrycznej, elektrycznego podgrzewacza do wody, elektrycznej suszarki do ubrań, elektrycznego pieca, ani pompy ciepła. Jeśli chcesz zatem żyć ograniczając się do ilości energii, jaką zdołasz wytworzyć za pomocą takiego systemu – to przede wszystkim będzie jej tak niewiele, że uzyskanie jej drogą podłączenia się do sieci nie będzie niosło za sobą poważnych wydatków ani znacznej utraty niezależności. Korzystanie wyłącznie z prądu wytworzonego własnymi siłami to pozorny wybór. Nasze domostwo [homestead] urządziliśmy w ten sposób, że w żadnym stopniu nie jest zależne od elektryczności. Nie zrozumcie mnie źle – cieszy nas, że mamy prąd. Lubimy oglądać filmy na DVD, używać komputera, słuchać radia, korzystać z elektrycznej suszarki do żywności; lubimy też wygodę robienia różnych rzeczy wczesnym rankiem i późnym wieczorem przy elektrycznym świetle. Ale jesteśmy również przygotowani do tego, aby żyć bez prądu. Już to robiliśmy. Mamy prawdziwą wolność wyboru – używać elektryczności albo nie – zgodnie z tym, co w danych okolicznościach podpowiada nam rozsądek. Przestawienie się z zależności od sieci na zależność od producentów baterii i paneli słonecznych nie jest prawdziwie wolnym wyborem, bo tak czy inaczej nie jesteś niezależny.

Drugim sposobem, za pomocą którego Babilon narzuca swoją politykę braku wolności wyboru, polega na tym, że w sytuacji, gdy tak naprawdę możesz w wolny sposób podjąć decyzję, Babilon usiłuje Cię przekonać, że w istocie wcale nie masz takiej możliwości. Aby trudnić się uprawą roślin i tym sposobem samemu zaspokajać choć część swoich potrzeb żywnościowych, musisz zaciągnąć pożyczkę na zakup ziemi, prawda? Musisz chodzić do college’u, prawda? Musisz mieć cztery kółka, musisz mieć kartę kredytową, prawda?

Nieprawda. Wszystkie te i wiele innych rzeczy Babilon powtarza do znudzenia – tak długo, że myśl, iż mógłbyś sobie poradzić zupełnie bez nich, nie mieści Ci się w głowie.

Przywołuję więc przykład mojego pola kukurydzy jako ilustrację tego, na czym polega prawdziwa wolność wyboru. Sami robimy (a nawet przygotowujemy do zrobienia, mielemy i pieczemy) stanowiący podstawę naszej diety chleb – bez żadnego absolutnie udziału Babilonu. Zawsze więc możemy wybrać jedzenie naszego chleba zamiast tego, co oferuje Babilon. Kupujemy też czasem w hurtowych ilościach pszenicę i robimy z niej chleb, ale jeśli (jak zdarzyło się w tym roku) koszty transportu i nieurodzaj pszenicy powodują windowanie cen do poziomu, który jest dla nas nie do przyjęcia, możemy popatrzeć na to i powiedzieć: „Nie, nie idziemy na to; po prostu wrócimy do domu i zjemy nasz chleb kukurydziany i fasolę”. Podobnie, zdarza się nam kupować jedzenie na straganach i w sklepach; a czasami jemy na mieście. Ale zawsze mamy wolność wyboru i, jeśli chcemy, możemy korzystać z tej wolności całymi miesiącami. Słyszeliśmy wielu Babilończyków mówiących: „Człowiek musi jeść, więc niezależnie od wszystkiego i tak musimy zdobyć pieniądze na kupno jedzenia albo użyć karty kredytowej!”. Brak wyboru.

Twoja ucieczka z Babilonu rozpoczyna się w momencie, gdy potrafisz powiedzieć: „Nie – mam wolność wyboru. Mogę stołować się w Babilonie, jeśli tak zdecyduję, lecz jeśli dyktowane przez Babilon warunki [terms and conditions] będą mi wstrętne, nie muszę tego robić”.

Takie właśnie jest znaczenie mojego pola kukurydzy.

To tylko przykład. Możesz mieć różne możliwości do wyboru. Wróćmy więc do początku. Co możesz zrobić? Przypatrz się bacznie i uczciwie swojemu życiu, a potem zadaj sobie proste i szczere pytanie o to, gdzie brak Tobie wolności wyboru. Tylko rzetelna odpowiedź na to pytanie pozwoli Ci dokonać sprawiedliwej oceny własnego położenia. Czy jedyny wybór, przed jakim stoisz, to dystrybutor z paliwem i kolejna rata za samochód albo ubóstwo bez możliwości zdobycia środków na życie? Czy musisz kupować w supermarkecie, bo inaczej umrzesz z głodu? Czy bez firmy pożyczającej Ci pieniądze na zakup domu i bez pośrednika w obrocie nieruchomościami musiałbyś żyć pod mostem? A może bez uniwersytetu i uzyskiwanego tam stopnia nikt nie darzyłby Cię nawet odrobiną zaufania? Itd. itd. Jeśli Twoja odpowiedź brzmi „tak”, oznacza to, że jesteś pozbawiony wolności wyboru i znajdujesz się w niewoli Babilonu. Jego polityka odbierania Tobie wolności wyboru okazała się nadzwyczaj efektywna.

Jest inny jeszcze interesujący aspekt związany z wolnością wyboru. Komuś niewprawionemu może się zdawać, że chodzi o pewne kontinuum, o stopień Twojego uzależnienia od Babilonu, a zatem o kwestię równowagi. Ale z pewnością tak nie jest. Istnieje pewien konkretny moment, pewien punkt przełomowy, w którym uwalniasz się z duszącego uścisku Babilonu.

Przypominam sobie prowadzoną kilka lat temu rozmowę, która stała się inspiracją dla wpisu na tym blogu. Mój rozmówca, jak wielu stosujących argument ze „stopnia uzależnienia”, utrzymywał, że obydwaj jesteśmy w podobny sposób uzależnieni od posługiwania się babilońską monetą; że w ostatecznym rozrachunku – tak jak on – nie jestem w stanie tego uniknąć. Różnica, której nigdy nie pojął, polegała na tym, że potrzeba posługiwania się pieniądzem Babilonu decydowała o tym, co mój rozmówca zrobi następnego ranka. On nie miał żadnej wolności wyboru. Musiał nazajutrz rano zatankować samochód i pojechać do pracy – gdyby postąpił inaczej, nad jego osobistym światem zawisłaby groźba katastrofy. Ja z kolei mogłem wybrać, czy posłużę się w danym dniu babilońskim pieniądzem – w danym dniu, albo w danym tygodniu, albo nawet w danym roku. Uwolniłem się spod władzy Babilonu. Mogłem wybrać, że pójdę do domu i będę jadł chleb kukurydziany i fasolę zamiast kupować coś na babilońskim targowisku – jak również zdecydować, że w zamian za kilka monet dołączę do babilońskich pląsów... albo że tego nie zrobię. No dobrze, ostatecznie byłbym zmuszony zapłacić podatek od nieruchomości i kupić trochę nafty. Ale miałbym całe tygodnie albo lata, żeby zdecydować, jak chcę to zrobić. Przez ten czas wiele rzeczy się zmienia, powstaje wiele możliwości, a wiele okoliczności pojawia się i znika. Nie muszę tego robić natychmiast, nie możesz mnie poganiać, nie możesz mi rozkazywać, nie możesz sporządzać przepisów, według których miałbym postępować. To nie kontinuum, ani kwestia „stopnia uzależnienia”; chodzi o konieczność robienia pewnych rzeczy na zawołanie, na cudzych warunkach i dla cudzej korzyści – albo robienia ich wtedy, gdy sam o tym zdecyduję, na moich warunkach, dla mojego pożytku. To właśnie oznacza żyć w sposób wolny.

A zatem, mój anonimowy przyjacielu, to, co musisz zrobić, to zapewnić sobie wolność wyboru. Przyjrzyj się na spokojnie swojej sytuacji i wskaż, w jakich dziedzinach zapędzono Cię w ślepy zaułek. Potem zobacz coś więcej niż pozorną wolność wyboru podsuwaną Ci przez Babilon oraz jego bełkotliwe zapewnienia, że nie masz wolności podejmowania decyzji, i za każdym razem postępuj w taki sposób, abyś mógł powiedzieć Babilonowi: „Nie, nie tym razem, nie muszę”.

A przede wszystkim, przypatrując się życiu ludzi naprawdę wolnych, nie patrz na nas tak, jakbyśmy gnieździli się na posępnym zboczu góry i łapczywie połykali miskę mizernej papki. Nic z tych rzeczy. Gdy decydujemy się na spożywanie naszej skromnej strawy, jest to niezrównana uczta. Jej część stanowi smakowity, aromatyczny sos – z którym nie może się równać żadna z najwyszukańszych nawet ofert lokali Babilonu. Ten sos to wolność wyboru.




_______


[Wybrane komentarze z dyskusji pod tekstem:]


[Eleutheros:]

[...]

Jakieś cztery lata temu zdawało się, że nadarzyła się nam okazja, aby kupić dwanaście akrów [ok. 5 hektarów] ziemi w naszej okolicy. Nabycie jej wtedy byłoby błędem; dziś, u początków Peak Oil i kryzysu ekonomicznego, ten kawałek ziemi „wart” jest o ponad połowę mniej niż suma, której żądano za niego w 2005 r., mniej więcej u szczytu koniunktury na rynku nieruchomości.

Kupienie wtedy tej ziemi wiązałoby się ponadto z koniecznością zaciągnięcia kredytu na spłatę części kosztów. Nienawidzimy samej koncepcji zadłużania się i zdaliśmy sobie sprawę, że – gdybyśmy wzięli ten kredyt – wypruwalibyśmy z siebie żyły, jakby chodziło o uczestnictwo w jakiejś religijnej krucjacie, dopóki dług nie zostałby spłacony. To oznaczałoby poważne ograniczenie naszych i tak już skromnych wydatków, zatrudnienie się na etacie, rozszerzenie działalności chałupniczej itd.

Zdecydowaliśmy, że nie warto tego robić. Nasza decyzja okazała się dobra z wielu względów.

Kilka lat temu w bardzo podobnej sytuacji musieliśmy wykończyć dom i wprowadzić się do niego. Na jego budowę nigdy nie pożyczyliśmy ani centa. Mieliśmy w domu pełno bardzo małych dzieci, a ja – robotę, która zabierała prawie dwadzieścia godzin tygodniowo (nie licząc czasu na dojazd). Przez nieco ponad rok poza budowaniem domu właściwie nic innego nie robiliśmy.

Wstawałem, gdy było jeszcze ciemno, odsłaniałem mur, przykryty dzień wcześniej dla zabezpieczenia przed mrozem, i z listą w ręku sprawdzałem, czy mam potrzebne materiały budowlane i narzędzia. Następnie udawałem się do pracy poza domem; wracając wstępowałem do sklepu budowlanego albo składu drewna, a przez resztę dnia do późna po zmroku budowałem dom. Położyłem każdy kamień, przyciąłem każdą belkę, zainstalowałem każdy kabel, rurę, a nawet sam zrobiłem okna i drzwi... Ten dom to w ponad 95% praca jednego człowieka.

Pewnej nocy, przy jakichś 10º [Fahrenheita] [–12º Celsjusza – przyp. tłum.], przyjechałem z przymocowanymi na dachu furgonetki dechami (2 na 10 stóp każda) do budowy drzwi, ale utknąłem w trudnym terenie i nie mogłem wydostać się na asfalt. Własnoręcznie nosiłem więc po dwie deski jakieś ćwierć mili w górę pokrytej lodem grani na miejsce budowy. Następnie, po przepracowaniu całego poranka, zbieraniu materiałów przez całe popołudnie i wniesieniu desek na górę kosztem ponad pół tuzina wycieczek… następnie skonstruowałem drzwi.

Kilka spraw związanych z naszym nie zawsze lekkim życiem w tym miejscu, na skraju Babilonu, udało się zrealizować podobnymi środkami. Wystarczy, że wyznaczysz sobie cel i zabierzesz się do roboty.

Nie byłbym w stanie funkcjonować w takim rozgorączkowaniu przez całe życie. To by człowieka wykończyło. Ale długi to coś, czego tak nienawidzę, że – gdybym w nie popadł – wypowiedziałbym im bezpardonową wojnę i prowadził ją wszelkimi środkami.

Pozbycie się zadłużenia stałoby się moim hobby, moją profesją, moją obsesją. Nie dawałbym mu spokoju, eliminując je stopniowo dniem i nocą; uwalnianie się od niego uznałbym za czynność tak naturalną jak picie i siusianie.

Babilon nuci nam kołysankę, w której zobowiązywanie się do spłacania kolejnych rat kredytu to normalny i naturalny porządek rzeczy, który będzie nam towarzyszył po wszystkie dni życia. Dawno temu ocknąłem się z letargu, w jaki wprawia ta kołysanka. Nigdy więcej.



[Dan Trabue:]

Czy mogę Cię zacytować i dać u siebie link do Twojego tekstu?

Doskonały wpis.



[Eleutheros:]

Danie!

Możesz, oczywiście, cytować – podając lub nie podając źródła albo autora. Przypisz sobie autorstwo tego tekstu, jeśli to komuś pomoże. To wszystko woda na mój młyn.

I nie łudź się: czasu jest mało. Odpowiadam właśnie na kierowane do mnie z najrozmaitszych stron pytania na temat żywności, którą można długo przechowywać [bulk food], robienia zapasów i wycofywania się z gospodarki gotówkowej. Nie dalej niż wczoraj spotkaliśmy się ze znajomymi, którzy dali nam trochę palet do zrobienia podłogi w stodole. Zaprosili mnie do środka, abym przyjrzał się ich nowemu garnkowi ciśnieniowemu do przetworów i bardzo się martwili, bo przepis mówił o gotowaniu pod ciśnieniem 11 funtów na cal kwadratowy, a przyrząd pomiarowy wskazywał 13. Zapewniłem ich, że wszystko gra; wskaźniki nie są znowu tak dokładne i ciśnienie nieco większe od zalecanego nie zaszkodzi. Tym ludziom prawdopodobnie się uda. Byłem jednak zdumiony ogólnym brakiem rozgarnięcia, o którym świadczyły ich pytania. Ten brak rozgarnięcia jest powszechny. Czasu jest mało, a do zrobienia – dużo.

Więc jak najbardziej korzystaj ze wszystkiego, co tu znajdziesz. To bardzo uprzejme z Twojej strony, że pytasz o zgodę, jestem Ci za to wdzięczny, ale zawsze pamiętaj:

„L’homme c’est rien
L’oeuvre c’est tout.”



[Tu Dan Trabue pyta o znaczenie cytatu.]



[Eleutheros:]

W opowiadaniu Stowarzyszenie rudowłosych [The Red-Headed League] Sherlock Holmes cytuje to powiedzenie Watsonowi. Niestety, Holmes był tylko tak bystry jak Conan Doyle. Zdanie sformułowane przez niego po francusku jest niepoprawne gramatycznie. Zamiast „L’homme c’est rien” powinno być: „L’homme n’est rien”.

Znaczy to:

Człowiek jest niczym
Praca jest wszystkim.



[Dan Trabue:]

Elementarne.



[Kevin Carson:]

Znakomity wpis, Eleutherosie. Cytowałem z niego obficie we wstępnej wersji piętnastego rozdziału Teorii organizacji [Organization Theory], a następnie skomentowałem słowami:

I żeby to się opłacało, wcale nie trzeba całkowitej zapaści gospodarczej. Opisana przez Ciebie strategia gwarantuje powodzenie, nawet gdyby gospodarka pieniężna i podział pracy miały jeszcze w jakiejś formie i przez bliżej nieokreślony czas wciąż istnieć (sądzę, że tak się stanie), a większość ludzi nadal miała zaspokajać znaczną część swoich potrzeb konsumpcyjnych nabywając rzeczy za pieniądze. Myślę, że sytuacja, z którą będziemy mieli do czynienia po tym, jak cykliczne okresy stagnacji związane z Peak Oil oraz innymi zjawiskami charakterystycznymi dla państwowego kapitalizmu doprowadzą do jego ostatecznego upadku, będzie przypominać raczej to, co Warren Johnson opisał w książce W drodze do oszczędności [Muddling Toward Frugality], a Brian Keller w Powrocie do Mayberry [Return to Mayberry], niż rzeczywistość przedstawioną w Świecie ręcznej roboty [World Made by Hand] Jima Kunstlera. Rzecz w tym, że świadomość, iż nie masz żadnych długów, jesteś właścicielem miejsca, w którym mieszkasz, i nie ciążą na nim żadne zobowiązania, i że, gdyby zmusiła cię do tego sytuacja, zdołasz na czas nieokreślony zapewnić sobie dach nad głową i jedzenie na stole bez zatrudniania się na etacie, ma nieoceniony wpływ na twoją siłę przetargową w negocjacjach z pracodawcami tu i teraz, nawet jeśli kapitalizm nadal będzie utrzymywał się przy życiu. Jak niemal osiemdziesiąt lat temu zauważył Ralph Borsodi, fakt, że miał możliwość „wycofania się” na swoje gospodarstwo na przedłużające się okresy – i świadomość jego potencjalnych pracodawców, że jest w stanie to uczynić – umożliwiały mu wynegocjowanie znacznie lepszych warunków tej pracy na cudze zamówienie, którą zgodził się podjąć.



[Eleutheros:]

Kevinie, trafiłeś niemal w istotę tego, o czym piszę. Rozsądny z ekonomicznego punktu widzenia oszczędny sposób życia oparty o wytwórczość na własne potrzeby [direct-use living] to dobry pomysł nawet w czasach dobrych pod względem gospodarczym – „dobrych” według definicji Babilonu. Chodzi po prostu o to, że – podczas gdy inne style życia, te zależne od zadłużania się / kredytu / taniej ropy znikają w mgnieniu oka, gdy tylko nadejdą ciężkie czasy – okresy trudności gospodarczych nie mają żadnego właściwie wpływu na samowystarczalny sposób życia.

Zawsze będzie się prowadziło jakąś wymianę pieniężną; działo się tak przez ostatnie 5000 lat i nie zmieniły tego w większym stopniu żadne, nawet największe trudności, ani brutalne przesiedlenia. Ale całkowita zależność od pieniędzy stawia człowieka w bardzo trudnej sytuacji.

Kunstler nie ma, jak mi się zdaje, na celu snucia przewidywań dotyczących prawdopodobnego albo realistycznego kształtu przyszłości. Jego książka przypomina raczej makijaż na aktorze kabuki; intencją Kunstlera jest zastosowanie wyolbrzymienia, aby upewnić się, że czytelnik bez kłopotu zrozumie sens utworu. Scenariusz wydarzeń jest przewidywalny, jak to się często zdarza w literaturze: populacja zdziesiątkowana w wyniku epidemii, nagła przerwa w imporcie ropy, podstawowe rośliny uprawne zniszczone przez zarazę. I wszystko to dzieje się w przeciągu mniej niż dwóch dekad.

Mało prawdopodobne.

Ale pozwala to Kunstlerowi w całkiem jasny sposób wytłumaczyć swoje najważniejsze koncepcje. Najistotniejszą z nich, zdało mi się, jest ta, że młody przyjaciel bohatera tęskni za dawnymi czasami, chociaż nie zna ich z autopsji, jako że urodził się po upadku [the collapse]. Myśl książki Kunstlera, przynajmniej tak ją zrozumiałem, jest taka, że jesteśmy zakochani bardziej w IDEI Babilonu niż jego rzeczywistości.

Co dzień rano piję herbatę, która musi być importowana i za którą trzeba zapłacić pieniędzmi. Ludzie handlowali herbatą od stuleci i nadal będą to robić. Ale tu, w Appalachach, gdzie mamy doskonałe warunki do uprawy jabłek, a tym roku wielki ich urodzaj, widzę w markecie jabłka importowane z Izraela i z RPA. To prawie jakbyśmy dokładali wszelkich starań, żeby tylko unurzać wszystko w ropie i zadłużeniu. Widzę słoje konserwowych warzyw – warzyw, które u nas rosną znakomicie – importowane z Indii. W imię choć krztyny zdrowego rozsądku – gdzież sens w importowaniu jedzenia z Indii??

A jednak, jeśli spojrzymy na to trzeźwym okiem, NADużywanie przez nas pieniędzy należy do tej samej kategorii, co konsumowanie jedzenia Indii.



[Teri:]

Pozwól, że przed czymś tutaj ostrzegę. Przez dwa lata żyliśmy w lesie na naszych dwóch i pół akrach [ok. hektar] niepodłączeni do sieci elektrycznej. Mieliśmy kozy, kury, gęsi i króliki; nawet założyliśmy i uprawialiśmy ogród. Pracuję na pełnym etacie, a wszystko działało dzięki mojemu mężowi. W tym miesiącu zachorował na zapalenie płuc i umarł. Mam 57 lat i nie wiem, czy sama dam radę prowadzić gospodarstwo. Musiałam oddać kilka zwierząt i przenieść się na zimę do domu mającego elektryczność – do momentu, gdy znajdę czas na to, aby wszystko jakoś poukładać. O wiele łatwiej to zrobić, będąc w młodszym wieku. Mam nadzieję, że uda mi się znaleźć jakiś sposób, aby gospodarstwo pozostało w moich rękach.



[Eleutheros:]

Teri!

Czytałem Twoje blogi, usiłując lepiej zrozumieć położenie, w którym się znajdujesz, ale nie natknąłem się na opis Twojej sytuacji. Opierając się więc tylko na tym, co napisałaś w powyższym komentarzu, muszę zapytać:

Dlaczego to, co piszesz, nazywasz ostrzeżeniem?

Jeśli wszystko działało dzięki Twojemu mężowi, którego nagle zabrakło, czy nie należało spodziewać się, że jego śmierć spowoduje radykalne zmiany?

Tej wiosny, gdy jedna z moich córek przesadzała sadzonki kapusty ze szklarni na pole (przedsięwzięcie przyniosło szalony sukces; w lodówce wciąż mamy kapustę z tego zbioru), zapytała: „Jak radziłbyś sobie z tak dużym ogrodem, gdybyś nie miał tylu dzieci?”. Odpowiedziałem jej, rzecz jasna: „Gdybym nie miał tylu dzieci, nie miałbym tak dużego ogrodu”.

Gdyby jedno z nas (moja żona lub ja) umarło albo doznało poważnego kalectwa, nastąpiłyby zmiany. Życie wyglądałoby inaczej. Ale wiele o tym rozmawialiśmy i mamy plany oraz środki na wypadek, gdyby tak się zdarzyło.

Ludzie budują swoje życie w Babilonie w oparciu o dwa (lub więcej) źródła dochodu, a mimo to nikt nie dostrzega niebezpieczeństwa nagłej utraty małżonka, oznaczającej utratę tego źródła (lub większej liczby źródeł) przychodu. Świadomość, że może się to zdarzyć, powinna towarzyszyć człowiekowi niezależnie od stylu życia gospodarczego, jaki prowadzi.



[Teri:]

Chodzi o to, że współczesne udogodnienia znacznie ułatwiają prowadzenie gospodarstwa. Wiem, że nie jesteś odłączony od sieci elektrycznej, ale najwięksi zapaleńcy spośród powracających na wieś będą od niej odłączeni. Gdy mój mąż trafił na oddział intensywnej terapii, musiałam znaleźć kogoś, kto wziąłby naszych trzynaście kóz (i, szczęściem, udało mi się). Po prostu nie bierze się pod uwagę radzenia sobie z takimi sytuacjami, gdy zaczyna się myśleć o powrocie na wieś.



[Eleutheros:]

Teri, nie zgodziłbym się co do tego, że najwięksi zapaleńcy spośród powracających na wieś to ci niepodłączeni do sieci elektrycznej. Oni wracają na wieś tylko na niby.

Jesteśmy podłączeni do sieci elektrycznej, ale mamy wszystko, czego potrzeba, aby obyć się zupełnie bez prądu, jeśli zajdzie taka konieczność albo jeśli będziemy mieli na to ochotę – a często mamy. Wyłączamy wtedy wszystko, używamy lamp naftowych (przez ten bardzo krótki czas, gdy potrzebujemy sztucznego światła w ciągu dnia), czytamy i gramy na instrumentach akustycznych zamiast oddawać się rozrywce elektronicznej. Nie używamy elektryczności do niczego poza oświetleniem, elektronicznymi gadżetami i zamrażarkami. Żadnej suszarki do ubrań, kuchenki elektrycznej, pompy ciepła, ani pieca elektrycznego; miotły zamiast odkurzaczy itd. Więc podłączenie lub niepodłączenie do sieci elektrycznej tak czy inaczej nie jest szczególnie istotną sprawą.

Niemniej jednak ci niedoszli niezależni farmerzy [would be homesteaders] mają obsesję na punkcie odcięcia się od sieci i majstrowania wszelakiego rodzaju przyrządów w rodzaju „wynalazków” Rube’a Goldberga [2], aby zaopatrzyć się w coś, czego sieć mogłaby im dostarczyć za grosze, a bez czego w razie potrzeby mogliby się obyć.

Każdemu, kto usiłuje prowadzić samowystarczalne życie, doradzałbym, aby nie dał się zwieść manii życia w odcięciu od sieci elektrycznej.

Piszesz: „Po prostu nie bierze się pod uwagę radzenia sobie z takimi sytuacjami, gdy zaczyna się myśleć o powrocie na wieś”.

My o tym myślimy. Napisałaś, że masz nieco ponad dwa akry ziemi i trzynaście kóz? To zdecydowanie za dużo! To prowadzenie gospodarstwa na sposób agrobiznesowy, uzależnianie go od dostarczanej z zewnątrz paszy i – w związku z tym – poleganie na kimś z zewnątrz, kto karmi Twoje kozy, gdy Ciebie nie ma.

U nas jest całkiem na odwrót. Mamy obecnie dwie kozy na trzynastu akrach i zaraz napiszę, o co tu chodzi: jeśli obydwoje musielibyśmy wyjechać na miesiąc czy dwa, kozy znakomicie poradziłyby sobie same. Nikt nie musiałby się nimi ani trochę zajmować.

Rzeczywiście o tym pomyśleliśmy.



[Stephanie:]

RETY, właśnie odkryłam Twojego bloga – jest niesamowity! Też mieszkam w południowej części Zachodniej Wirginii […]

Nasze wyjście z Babilonu rozpoczęliśmy w roku 2002... Pozbyliśmy się długów, a potem przeprowadziliśmy z podmiejskiego osiedla w środkowym Maryland do wymagającego remontu, ale nadającego się do zamieszkania domu położonego w południowej części Wirginii Zachodniej na ¼ akra [ok. 1000 m²], co kosztowało nas 5000 dolarów w gotówce; a całkiem niedawno kupiliśmy za gotówkę (BEZ KREDYTU!) ziemię, na której dom stoi, i pracujemy nad przejściem do kolejnego stadium, wijąc gniazdo rodzinne i dążąc do zapewnienia sobie samowystarczalności. Na naszej ćwiartce akra mamy kury i duży ogród... na obecnym etapie dokładamy wszelkich starań, aby jak najlepiej przygotować się do życia bez elektryczności i marketu... ale zgadzam się – w tym wszystkim chodzi o wolność wyboru! Mój mąż nie ma „prawdziwej” posady, z pensją i szefem; pracuje w domu i sam jest sobie szefem, a te kilka rachunków, które rzeczywiście mamy do zapłacenia, zawsze udaje się uregulować... Ale – w przeciwieństwie do innych – mój mąż ma wolność wyboru, a najlepsze jest to, że może wybrać, iż zostanie w domu ze mną i z dziećmi – i będzie, tak jak powinien, ojcem zaangażowanym w sprawy rodziny... dziś dla większości dzieci to rzadkość...

W każdym razie: UWIELBIAM Twojego bloga... Jeszcze tu wrócę […]



[MojoMan:]

Właśnie mieliśmy w Nowej Anglii wielką burzę lodową i około miliona ludzi ma przed sobą perspektywę kilku dni bez prądu. Doniesienia medialne skupiają się, jak zwykle, na tym, że bezradni ludzie nie mają elektryczności. Bez ogrzewania, bez światła; mój Boże! – bez telewizji! (Osobiście najbardziej martwiłbym się o zamarznięte i pęknięte rury). Większość decyduje się jakoś to przetrwać i dzwoni do firmy ubezpieczeniowej. (Jeśli zdołają jeszcze znaleźć działający bez prądu telefon). Bardziej zdeterminowani przeczesują świecące pustkami półki marketów budowlanych w poszukiwaniu prądnic. Nigdy nie słyszymy o nikim mówiącym: „Ta bezradność i zależność jest głupia. Urządzę mój dom w taki sposób, abym mógł żyć spokojnie i bez prądu, gdy będę tego chciał / potrzebował”. Sposób, w jaki obecnie podchodzi się do tych spraw, zawsze uderza mnie jako zatrważający i groźny.

Rozwiązania na wypadek braku światła i ogrzewania są stosunkowo oczywiste, ale co Ty robisz / zrobiłbyś z trzymanym w lodówce / mrożonym jedzeniem, gdy / jeśli przez kilka dni będziesz pozbawiony prądu?

_______

PRZYPISY TŁUMACZA

[1] Eleutheros (gr. ἐλεύθερος) – wolny człowiek.

[2] Rube Goldberg (1883–1970) – amerykański inżynier, wynalazca i artysta. Znany jako autor rysunków przedstawiających urządzenia skonstruowane tak, aby wykonywały proste czynności w niezwykle skomplikowany sposób.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Eleutheros, Choice, the Best Sauce, http://milesfrombabylon.blogspot.com/2008/10/choice-best-sauce.html

Choice, the Best Sauce opublikowano na blogu Eleutherosa How Many Miles from Babylon 15 października 2008 r.




2009/08/20

Tłumaczenie: Fred Reed „Inne czasy i obyczaje”

Szuflowanie piasku wbrew nadchodzącej fali

Gdy dumam nad naszą osobliwie niezrównoważoną cywilizacją, zdolną umieścić wózki golfowe na Marsie, ale niezdolną dorównać poezji skąpanego w błocie Londynu epoki elżbietańskiej, zastanawiam się, dlaczego właśnie tacy jesteśmy. Pod względem technologicznym Stany Zjednoczone są przewspaniałe – Ateny fizyki półprzewodnikowej. Mimo to wielkie orkiestry umierają niewysłuchane, nie mamy Szekspira ani Dantego – ani pojęcia o tym, dlaczego moglibyśmy ich potrzebować, a religijność albo jest przytłumiona, albo przejawia się w sposób opryskliwy i wrogi. Dlaczego?

Sądzę, że to dlatego, iż nasze otoczenie decyduje nie tylko o tym, co myślimy, ale również o tym, o czym jesteśmy w stanie pomyśleć. Żyjemy w przestrzeni wielkomiejskiej [urban], ale wielce bezładnej [not urbane], wśród wyjących syren, w powietrzu posiwiałym od spalin i zniszczonym jazgotem autobusów. Zarzuty nie stają się nieprawdziwe od tego, że często się je powtarza. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie Whitmana tworzącego w centrum handlowym.

Pośpiech i skomplikowanie wszystkiego zbierają swoje żniwo. Jako społeczeństwo możemy być nazywani Niespokojnymi. A stąd – Niezamyślonymi.

Inny sposób życia jest – albo był – możliwy. Dawno temu spędziłem lato w Hampden-Sydney, moim małym college’u na ogromnym zalesionym kampusie w wiejskiej wtedy jeszcze Wirginii. Studenci, Bogu dzięki, wyjechali.

Wzdłuż Via Sacra (tak nazywała się jedyna droga na obszarze kampusu) pod niekończącym się błękitnym niebem panowała cisza, absolutna cisza – jeśli nie liczyć ćwierkania ptaków i zawodzenia owadów dochodzącego z koron sędziwych dębów. To może dźwięki, ale nie hałas. To nawet nie muzyka, ale coś dawniejszego, starszego, wcześniejszego, lepszego. Vivaldi był wielkim człowiekiem, ale tutaj nie miałby szans. Domy profesorów, często stare i dostojne, choć bez ostentacji, przyglądały się okolicy z podwórek ocienionych wiekowymi drzewami. Było cicho i ciepło; i znajdowałeś się sam na sam ze swoimi myślami.

To było strasznie nienowoczesne. Nocą gwiazdy świeciły na czarnym bezkresie nieba i nie dobiegał cię żaden hałas. Żaden. Tutaj Thoreau mógłby pisać, a Corot malować. Nie sądzę, aby dało się to robić w zgiełkliwej podmiejskiej ohydzie.

Podążając Via Sacra dochodziłeś do Black Bottom, gdzie droga kończyła się w lesie i gdzie był staw, a na nim łabędź. To nie było miejsce, którego zdjęcia umieszczano by w magazynach fotograficznych – ale po prostu zaciszny, głośny od gwaru owadów las w Wirginii. W moim coraz dłuższym życiu nigdy nie widziałem niczego spokojniejszego. Po lewej ścieżka z rudej gliny nakrapianej miką wiła się coraz bardziej w dół do Slippery Rock. Tutaj, głęboko w lesie, mały strumyk pluskał cicho między czerwonymi brzegami, prześlizgując się nad omszałym płaskim kamieniem. Niewielu znało to miejsce. Mój ojciec, jeszcze zanim doprowadzono elektryczność, przychodził tu, żeby wślizgiwać się do położonego niżej stawku. Ja też.

Wiele popołudni spędziłem tam czytając, albo nic nie robiąc, albo oglądając nartniki ślizgające się na powierzchni wody z nogami w lekkich wklęsłościach. Jako że studiowałem wtedy fizykę i chemię, wiedziałem co nieco o napięciu powierzchniowym, surfaktantach i preferencjach do tworzenia wiązań wodorowych, ale wiedziałem też, że przyglądam się czemuś niepojętemu. To nie była obserwacja naukowa. Naukowcy patrzą na każdą rzecz w oderwaniu od wszystkich innych, lecz – z wyjątkiem ludzi wielkich – nie zauważają całości. Niewielu jest wielkich na ziemi.

Takie miejsca zmieniają wewnętrzny świat człowieka. W Slippery Rock rozmyślałem o rzeczach, o których nie mógłbym pomyśleć w Arlington w Wirginii, zaraz obok Waszyngtonu, z jego syrenami, ruchem ulicznym i milcząco gniewnymi ludźmi podłączonymi do iPodów. Wilson Boulevard, gdzie mieszkałem, nie był wcale straszny. Lubiłem położone przy nim restauracje, bary i lokale z sushi. Ludzie nie byli źli. Ale było przeraźliwie niespokojnie.

Nie jestem religijny – przynajmniej nie w znaczeniu, że wierzę, iż mam odpowiedzi; ale jestem religijny w tym sensie, że znam pytania. Wiem, że istnieją sprawy, których nie możemy wiedzieć – sprawy ważniejsze nawet niż znalezienie małżonka przed ukończeniem trzydziestki. Większość z nas niewątpliwie o tym wie. Niełatwo jednak uwolnić się od ustalonego trybu życia. Próbujemy. Ludzie śpieszą do Europy w poszukiwaniu tego, co stare, spokojne i ładne. Akwizytorzy nieruchomości rozumieją ten pęd i nawołują do kupowania spokojnego wiejskiego życia, jednocześnie budując centra handlowe, które to uniemożliwią. I tak w Arkadii zjawia się pośpiech. Ludzie myślą wtedy o ucieczce do następnego małego miasteczka. Zużywamy niezwykle dużo czasu na uciekanie przed samymi sobą. Może zamiast tego powinniśmy zbudować takie miejsce, które będzie nam się podobało.

Nie możemy, bo o biegu rzeczy decyduje się na odległość, po korporacyjnemu. Mamy mały wybór jeśli chodzi o miejsce zamieszkania – nie dlatego, żebyśmy nie mogli się przeprowadzić, ale dlatego, że wszystkie miejsca stają się takie same. Położone na Południu miasteczko ze starymi domostwami i szaro-zielonym mchem hiszpańskim zwieszającym się brodami z drzew ustępuje centrom handlowym i restauracjom sieci Ruby Tuesday. Być może zachowano centrum miasteczka z miejscami parkingowymi dla autokarów wycieczkowych, tak aby przyjezdni mogli mieć Doświadczenie Południa. Miasteczko przemienione w wystawę osobliwości nie jest już właściwie miasteczkiem.

Tak niewiele pozostało spośród tego, co lokalne. Były takie czasy, że dwupasmowe szosy wiły się wśród spowitych mgłą dolin w górach Great Smoky; na ich pomarszczonych zboczach przycupnęły małe miasteczka i rodzinne restauracje – każda inna od pozostałych. Barstow było pustynnym miasteczkiem ludzi pustyni, a Nowy Orlean był miastem, a nie parkiem rozrywki.

Teraz – nie. Rzeczy są i jednakowe, i brzydkie. Korporatczycy nabyli umiejętność taśmowego wbijania w krajobraz sklepów, domów, osiedli – tanich, bo identycznych – ze względu na cudeńka masowej produkcji – i któż zdoła powiedzieć im „nie”? Nie da się zatrzymać postępu – mówią reklamiarze – chociaż nie powiem, żebym jakiś postęp zauważał.

I, oczywiście, ludzie chcą, albo myślą, że chcą, zgiełku, zestandaryzowanych przedmieść i sklepów franczyzowych. Budowa dostarcza na krótko miejsc pracy, Wal-Mart faktycznie sprzedaje pilarki po niskich cenach, a jedzenie w restauracjach Ruby Tuesday jest dobre. Młodzi lubią hałas, a sklep sprzedający trzydzieści rodzajów butów do biegania ludziom, którzy nie biegają, to z pewnością nic złego. Dopiero później wdaje się znudzenie i pustka – zaczynają odczuwać je dzieci, które mają jedynie centra handlowe – nigdy lasy. Chomiki mają kołowrotki do biegania. My kupujemy rzeczy.

Podejrzewam, że niewielu osobom naprawdę podoba się to, co mamy – ale jak się od tego uwolnić? Prawdopodobnie większość ma niezbyt wyraźne przeczucie, czym jest to, od czego chce uciec – a poza tym nie ma dokąd uciekać. Jak w obłożnie jazgotliwych, śmierdzących spalinami, zatłoczonych miastach, gdzie gwiazdy nikną za zasłoną dymu, gdzie płyną na pół trujące rzeki, a duża część populacji ledwie radzi sobie z czytaniem, ktokolwiek może pomyśleć o czymkolwiek poza giełdą i kolejną pustą kopulacją? Nie ma Milne’ów, Donne’ów i Marlowe’ów, bo nie mogą zaistnieć; a my ich nie chcemy, bo nie umiemy ich chcieć.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Fred Reed, Other Times and Ways, http://www.fredoneverything.net/Walden%20III.shtml

Other Times and Ways opublikowano na stronie Freda Reeda Fred On Everything w 2008 r.





2009/08/18

Tłumaczenie: John Derbyshire „Wolność”

Czy jej chcemy?

Właśnie skończyłem czytać Samobójstwo Marlboro Mana Freda Reeda, który z kolei czerpał inspirację z pełnej tęsknoty za minionymi czasami książki G. Gordona Liddy’ego Gdy byłem dzieckiem, to był wolny kraj [When I Was a Kid, This Was a Free Country]. (A więc ten artykuł to konserwatywny komentarz zainspirowany konserwatywnym komentarzem do książki napisanej przez konserwatywnego komentatora. Dajcie mi trochę luzu, niedługo Boże Narodzenie.) Niewypowiedziany* Fred** podziela tęsknotę Liddy’ego za dawną amerykańską niezależnością i samowystarczalnością, ale dowodzi, że rozkład i ostateczna utrata tego sposobu życia były nieuniknione. Mam nadzieję, że Fred się nie obrazi, jeśli zacytuję ostatni akapit jego tekstu w całości. Fred posługuje się słowami w sposób, który podziwiam, choć nie łudzę się, że zdołam mu dorównać. Oto jego słowa:

Chciałbym znów żyć w świecie pana Liddy’ego. Niestety, ten świat ma tendencję do samolikwidacji. Wolność jest na dłuższą metę sprzeczna z wolnością, bo nieuchronnie zostaje użyta w taki sposób, który rodzi kontrolę. Jako gatunek po prostu nie potrafimy się opanować. Ale przez pewien czas żyło nam się dobrze.

Pod wpływem tej lektury zacząłem się zastanawiać nad wolnością, tęsknotą i bezkompromisową niezależnością naszych przodków. Niestety, moi przodkowie nie byli pracującymi na własnej ziemi farmerami ze wzgórz Wirginii Zachodniej, lecz w większości angielskimi górnikami, podchodzę więc do tematu od innej strony. Niemniej jednak sądzę, że mogę rzucić trochę światła na te kwestie.

Zastanawianie się na wolnością zawsze rozpoczynam od pierwszej strony Historii Anglii w latach 1914–1945 A.J.P. Taylora (jeden z tomów Oxford History of England) [English History, 1914–1945]. Zacytuję całą stronę. Nie potrafię znieść myśli, że miałbym ją streszczać albo skracać. Oto ona:

Do sierpnia 1914 r. rozsądny, przestrzegający prawa Anglik mógł przeżyć całe życie i prawie nie zauważyć istnienia państwa poza pocztą i policją. Mógł żyć tam, gdzie chciał i jak chciał. Nie miał żadnego urzędowego numeru ani dowodu tożsamości. Mógł podróżować za granicę albo opuścić swój kraj na zawsze – bez paszportu albo jakiegokolwiek rodzaju urzędowego zezwolenia. Mógł wymieniać swoje pieniądze na dowolną walutę bez ograniczeń. Mógł kupować towary z dowolnego kraju na świecie na takich samych zasadach, jak w ojczyźnie. Skoro o tym mowa – cudzoziemiec mógł spędzić całe życie w Anglii bez ubiegania się o pozwolenie na pobyt i bez informowania o tym policji. W przeciwieństwie do państw na kontynencie europejskim, państwo angielskie nie przymuszało swoich obywateli do odbywania służby wojskowej. Anglik mógł się zaciągnąć do regularnej armii, marynarki wojennej albo do ochotniczych wojsk obrony terytorialnej. Jeśli chciał, mógł również zignorować wymagania obrony narodowej. Właścicieli znacznych majątków wzywano czasami do zasiadania w ławie przysięgłych. W innych wypadkach państwu pomagał tylko ten, kto chciał. Anglik płacił umiarkowane podatki: w latach 1913–1914 było to niecałe 200 milionów funtów, czyli mniej niż 8 procent dochodu narodowego. Państwo interweniowało, aby zapobiec spożyciu przez obywatela jedzenia o składzie innym niż podany albo zapadnięciu przez niego na pewne choroby zakaźne. Narzucało regulaminy bezpieczeństwa w fabrykach i zakazywało kobietom oraz dorosłym mężczyznom zatrudnionym w pewnych branżach wykonywania pracy przez nadmierną ilość czasu. Państwo pilnowało, aby dzieci otrzymywały wykształcenie do ukończenia trzynastego roku życia. Od 1 stycznia 1909 r. zapewniało skromną emeryturę potrzebującym, którzy przekroczyli 70. rok życia. Od 1911 r. pomagało ubezpieczać wybrane grupy robotników na wypadek choroby lub utraty pracy. Ta tendencja do zwiększania interwencji państwa rosła. Od kiedy władzę objęli w 1905 r. Liberałowie wydatki na cele socjalne wzrosły mniej więcej dwukrotnie. Niemniej jednak, ogólnie rzecz biorąc, państwo podejmowało działanie tylko w celu pomocy osobom, które nie mogły pomóc same sobie. Dorosłego obywatela zostawiało w spokoju.

Na pierwszy rzut oka brzmi to jak idylla – marzenie libertarianina [1]. Teraz przyjrzyjmy się sprawie trochę dokładniej. Tak się składa, że dorastałem wśród Anglików, spośród których najstarsi pracowali i zakładali rodziny w czasach opisywanych przez Taylora – na krótko przed wybuchem I wojny światowej [World War I] (albo, jak zawsze mówili, „Wielkiej Wojny” ["The Great War"]). Prezentowali wiele konserwatywnych społecznie postaw i pod tym względem zgadzali się z G. Gordonem Liddym. Za naszej młodości – mieli zwyczaj mówić – piwo było mocniejsze, ludzie troszczyli się o siebie nawzajem, kraj nie był pełen cudzoziemców, dzieci wiedziały, że nie należy pyskować dorosłym, mordercy byli osądzani, skazywani i wieszani – wszystko w przeciągu miesiąca; i tak dalej. A jednak wszyscy ci starsi ludzie byli socjalistami. W kwestiach polityki publicznej nigdy nie było im dość rządu. Nacjonalizacja kopalń? Państwowe emerytury dla starszych osób? Państwowe ubezpieczenie od niepełnosprawności? Państwowe budownictwo mieszkaniowe? Darmowa edukacja? Narodowy Fundusz Zdrowia [National Health Service]? Proszę bardzo.

Gdybyście spróbowali zbadać, skąd wzięły się te socjalistyczne skłonności, odkrylibyście przerażające historie. W dół drogi mieszkała ta biedna wdowa z ośmiorgiem dzieci do nakarmienia – żadne z nich nie miało ani jednej pary butów. Był stary Sam Matthews, który umarł w męczarniach, bo nie było go stać na operację. Był kuzyn Alfred, najinteligentniejszy i najbardziej oczytany człowiek, jakiego kiedykolwiek spotkałeś, który musiał rzucić szkołę w wieku czternastu lat i zjechać „do piekła” (to znaczy do pracy w kopalni węgla), bo rodzinie brakowało pieniędzy. Były związane z pracą niebezpieczeństwa – pożary w szybach na przykład: „Zmiany ludzi czołgających się za żelaznymi wagonikami, każdy z nich wyrywający się do przodu, żeby umieścić w wagoniku szuflę rozżarzonego węgla, potem wracający na koniec szeregu – wszystko za dziewięć pensów od wagonika.” (Z notatek, które zrobiłem kiedyś na spotkaniu rodzinnym. W 1914 r. dziewięć pensów było warte piętnaście centów amerykańskich.) Najgorszy ze wszystkiego był przytułek – słowo wypowiadane z taką trwogą i przerażeniem, że do dziś czuję dreszcze. Przytułek stanowił jedyną formę opieki społecznej w wiktoriańskiej i (choć, jak wskazuje Taylor, w zmniejszającym się stopniu) edwardiańskiej Anglii – był to dom wspólnotowy zarządzany przez parafię, w którym ubodzy otrzymywali symboliczne schronienie i skąpe posiłki w zamian za niewymagającą kwalifikacji pracę.

Historycy – włączając w to Taylora, który, na marginesie, sam był socjalistą – potwierdzają, że libertariańska idylla w istocie kipiała od niezadowolenia i niesprawiedliwości. Najlepsza książka na ten temat to klasyczna pozycja George’a Dangierfielda Dziwna śmierć liberalnej Anglii [The Strange Death of Liberal England], wznawiana do dziś, 66 lat od pierwszego wydania. Dangerfield odsłania ukrytą ciemną stronę bezkresnej edwardiańskiej sielanki. Związki zawodowe zaczynające prężyć swoje muskuły dążyły do powszechnych strajków i żądały nacjonalizacji przemysłu. Uczestniczki kampanii na rzecz prawa do głosowania dla kobiet puszczały z dymem wiejskie domy, przykuwały się do ogrodzeń w miejscach publicznych, rzucały się pod kopyta koni wyścigowych. Irlandia była ropiejącą raną – jedna liczna grupa Irlandczyków domagała się większej autonomii, druga liczna ich grupa sprzeciwiała się temu, w armii brytyjskiej doszło do buntu, gdy żołnierzom rozkazano strzelać do lojalnych Ulsterczyków. Sama konstytucja – tak, Wielka Brytania ma konstytucję, tylko nikt nigdy nie zadał sobie trudu spisania jej – zaczęła się chwiać, a konstytucyjny monarcha był zmuszony użyć swojej władzy do przeprowadzenia reform.

Niewątpliwie da się wskazać pewne punkty wspólne powyższego opisu z obrazem dawnej, bardziej wolnej Ameryki, którą z takim sentymentem wspomina G. Gordon Liddy. „Farmer uprawiający własną ziemię” brzmi bardzo miło i po jeffersonowsku, dopóki nie pomyślimy o Ethanie Fromem albo rodzinie Joadów. Wolność to piękna rzecz, ale, jak każde inne dobro, ma swoją cenę, a dla wielu osób ta cena była za wysoka. Sprzedały swoją wolność za trochę bezpieczeństwa, czyniąc Amerykę i Wielką Brytanię takimi, jakimi są dzisiaj. Nikt nie zmuszał ich do tego siłą. Zaakceptowały wymianę gładko, chętnie – w istocie rzeczy wiele z nich odważnie walczyło, a niektóre nawet ginęły, po to, żeby targu udało się dobić. Dawniejszy, bogatszy w wolność sposób życia był, jak zwięźle ujmuje to Fred, „skazany na samobójstwo”.

Dlatego właśnie dzisiejsza Ameryka wygląda tak, jak wygląda: potworny poziom opodatkowania, olbrzymia biurokracja rządowa charakteryzująca się zapierającą dech w piersiach arogancją i – jak przekonaliśmy się w ciągu ostatnich kilku miesięcy aż za dobrze – niekompetencją***, mordujący przemysł prawnicy składający zbiorowe pozwy o odszkodowania, kradnący cudze mienie rządowi regulatorzy, saudyarabizacja siły roboczej (broń Boże, aby jakiś Amerykanin urodzony w Ameryce mył samochody, czyścił toalety, pucował buty albo zbierał owoce – mamy 13 milionów nielegalnych imigrantów, którzy się tym**** zajmą) i dławiące wolną myśl wymuszane przez rząd zbiory przepisów dotyczące „różnorodności”, „wrażliwości” i „poprawności”. Osiągnęliśmy przewidziany przez Tocqueville’a etap, w którym „najwyższa władza [...] pokrywa powierzchnię społeczeństwa siecią drobnych skomplikowanych przepisów, szczegółowych i ujednoliconych [...] nie tyranizuje ludzi, ale uciska ich, osłabia, odbiera im nadzieję i wprawia ich w otępienie – aż do momentu, gdy każdy naród zostaje zredukowany raptem do poziomu stada potulnych i pilnie pracujących zwierząt, których pasterzem jest rząd”. I – poza kilkoma malkontentami, takimi jak Fred Reed czy G. Gordon Liddy – nikomu z nas to nie przeszkadza.

Fred kończy swój tekst słowami: „Jako gatunek po prostu nie potrafimy się opanować. Ale przez pewien czas żyło nam się dobrze”. Jak dotąd się z nim zgadzam. Co jednak z przyszłością? Nasze społeczeństwo nie potrafi stać w miejscu. Czy wolność nadal będzie się kurczyć, dopóki biotechnologia i nauki o układzie nerwowym nie doprowadzą nas do kontrolowanego przez państwo infantylnego hedonizmu Nowego wspaniałego świata? (Kilka tygodni temu, gdy czytałem po raz kolejny mistrzowskie dzieło Huxley’a, nagle zdałem sobie sprawę, dlaczego absolutnie nie jestem w stanie oglądać serialu telewizyjnego Przyjaciele. Phoebe, Chandler i spółka byliby modelowymi obywatelami Państwa Światowego w roku 632 Pana Naszego Forda.) A może jest droga powrotna, prowadząca do odrodzenia wolności? I – jeśli tak – czy chcemy na nią wejść?

Naprawdę trudne jest, rzecz jasna, to ostatnie pytanie. Ja w każdym razie jestem pewien, że droga powrotna istnieje. Zło faktycznie miało w przeszłości miejsce, ale stosowanie ulubionego środka zaradczego dwudziestego wieku – zwiększanie władzy rządu – doprowadziło do sytuacji, w której straty zaczęły przewyższać zyski, na długo przez końcem zeszłego stulecia. W wielu przypadkach środek ów nie tylko nie okazał się remedium, ale wręcz pogorszył sprawę. Czytelnicy książki Charlesa Murray’a o libertarianizmie pamiętają „test linii trendu” [“trend line test”]. Robisz coś takiego: określasz ilościowo jakieś zjawisko społeczne – ubóstwo, osiągnięcia edukacyjne, wypadki drogowe, śmiertelność niemowląt – i sporządzasz wykres jego występowania na przestrzeni kilku dziesięcioleci. Potem, wpatrując się uważnie w wykres, próbujesz wskazać moment, w którym rząd zaczął interweniować. Zazwyczaj nie udaje ci się.

Wszystko to stoi, oczywiście, w sprzeczności z „oficjalną” historią. Na przykład „oficjalna” wersja dotycząca stosunków rasowych mówi, że w narodzie [amerykańskim] powszechnie dyskryminowano czarnych Amerykanów – aż do chwili, gdy Ustawa o Prawach Obywatelskich z 1964 r. zniszczyła potęgę zalegalizowanego rasizmu. Tak naprawdę segregacja i związane z nią zło były w ciągłym odwrocie od momentu zakończenia II wojny światowej, a ich ostateczny koniec zbliżał się coraz gwałtowniej pod koniec lat pięćdziesiątych [XX wieku]. Ruch praw obywatelskich i związana z jego działalnością legislacja nie napędzały tego procesu, ale podążały za nim, albo w najlepszym wypadku były tylko jego częścią – zjawiskami wtórnymi, a nie Pierwszymi Przyczynami. Bull Connor, Lester Maddox i George Wallace [2] tak naprawdę nie walczyli z rządem, ale z nieuniknioną zmianą społeczną – przegraliby tak czy inaczej.

Dwudziesty wiek obfitował w takie procesy. Banalne stwierdzenie z dziedziny politologii mówi, że rewolucje prawie nigdy nie wybuchają, kiedy dzieje się jak najgorzej – dochodzi do nich, gdy sprawy zaczynają iść we właściwym kierunku. Tak było od zawsze z wtrącaniem się rządu w nasze życie. Wskazuje się jakieś niepożądane zjawisko; wywołuje się poruszenie; uchwala się ustawę... A mimo to, choć ten proces trwa – a może nawet zanim się zaczął – linia trendu już zmierza w dół i skończylibyśmy w tym samym miejscu, niezależnie od tego, czy utworzono by nowy państwowy urząd biurokratyczny z budżetem 40 miliardów dolarów; niezależnie od tego, czy uchwalono by tę furę nowych ustaw; niezależnie od tego, czy zrezygnowalibyśmy z kolejnego kawałka wolności.

Rolnik uprawiający własną ziemię jako istotna część naszego społeczeństwa odszedł na dobre. Taki sam los spotkał, dzięki Bogu, szuflowanie rozżarzonego węgla na zmiany po dziewięć pensów od wagonika. Zmniejszenie ingerencji rządu do poziomu sprzed jego olbrzymiej intruzji w dwudziestym wieku nie oznacza powrotu do przytułków, przepisów o segregacji rasowej, pozbawiania kobiet prawa głosu i brutalizacji warunków pracy. Postęp techniczny, bardziej zaawansowane systemy finansowe i zmiany w świadomości oszczędzą nam tego, a najprawdopodobniej oszczędziłyby nam tego i tak – bez żadnej potrzeby gwałtownych postępów socjalizmu w ostatnich kilku dekadach. Możemy żyć, i to żyć dobrze, ciesząc się dużo większą wolnością i dużo mniejszą ingerencją rządu, jeśli chcemy. Problem, który zdecyduje o kształcie nowego wieku, jest taki: Czy chcemy?

_______

PRZYPISY

* Wybaczcie, jeśli już o tym wspominałem, ale jedno z moich ulubionych krzyżówkowych haseł wszechczasów w londyńskim „Timesie” brzmiało: „Nie opisze tego żaden wulgaryzm”. Odpowiedź: NIEWYPOWIEDZIANE.

** Tak przy okazji: zauważyłem, że, kiedy czytam w sieci teksty Freda, kursor mojej myszy cały czas przyjmuje postać małej klepsydry. Przypuszczalnie oznacza to, że Fred potajemnie ładuje na mój dysk twardy „ciasteczka”, zawierające, jak mniemam, wskazówki na temat czyszczenia broni, historie z życia gliniarzy, przepisy na pasztet z szopa pracza, promocyjne oferty sprzedaży sprzętu do nurkowania oraz komputerowe grafiki przedstawiające meksykańskie piękności o kruczoczarnych włosach.

*** Tę niekompetencję spotyka się na wszystkich szczeblach – aż po istniejące od dawna, najbardziej podstawowe rodzaje usług. Poprosiłem ostatnio na poczcie, aby sprawdzono, czy pewien list, który wysłałem jako polecony, dotarł do adresata. Wypełniłem formularz i przyniosłem oryginał dowodu nadania, który, jak mnie zapewniono, pozwoli poczcie prześledzić losy przesyłki. Sześć tygodni później formularz wrócił do mnie z pieczątką „los przesyłki nieznany”. Skoro los tego &*!!#@/?%*# listu jest nieznany, to po co płaciłem, żeby wysłano go jako polecony?

**** Sam koszę swój trawnik. To powoduje, że należę do kurczącej się coraz bardziej mniejszości na Long Island. Większość moich sąsiadów pracę w ogrodzie zleca grupom Azteków.

[1] Trudno zgodzić się ze zdaniem Derbyshire’a; działalność jakichkolwiek funkcjonariuszy państwowych stoi w jawnej sprzeczności z „marzeniem libertarianina”, jakim jest zanik państwa i wyłącznie dobrowolne relacje z innymi ludźmi – przyp. tłum.

[2] Theophilus „Bull” Connor (1897–1973), Lester Maddox (1915–2003), George Corley Wallace junior (1919–1998) – amerykańscy politycy opowiadający się za segregacją rasową – przyp. tłum.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
John Derbyshire, Liberty, http://www.nationalreview.com/script/printpage.p?ref=/derbyshire/derbyshire122102.asp

Liberty opublikowano na stronie National Review Online 21 grudnia 2002 r.





2009/07/17

Tłumaczenie: Fred Reed „Samobójstwo Marlboro Mana”

Ceną wolności jest niewolnictwo. Coś w tym rodzaju. Przynajmniej do pewnego stopnia

Niedawno czytałem pełną tęsknoty za minionymi czasami książkę G. Gordona Liddy’ego Gdy byłem dzieckiem, to był wolny kraj [When I Was a Kid, This Was a Free Country]. Liddy odmalowuje błogi obraz dawnych czasów, kiedy Ameryka była wolna, farmerzy mogli zasypywać bagna bez naruszania przepisów o mokradłach, a broń była po prostu bronią. Ludzie byli samodzielni, mieli charakter i podejmowali decyzje ekonomiczne na własną rękę. Reguły rynku działały, tak jak powinny, a rząd wtrącał się w prywatne sprawy w znikomym stopniu.

Ten obraz jest prawdziwy. Żyłem w takim świecie. Chciałbym, żeby wrócił, ale tak się nie stanie. To był świat skazany na samobójstwo.

Tak się dzieje, że w wiejskim hrabstwie pełnym niezależnie myślących rolników z charakterem, uprawiających własną ziemię [yeomen], wzrasta gęstość zaludnienia – albo w centrum albo w odległych od siebie miejscach na obrzeżach. Pojawia się autostrada, bo tego chce ciężarówkowe lobby w Waszyngtonie. Budowa autostrady to Dobra Rzecz, bo oznacza Postęp i na rok daje ludziom pracę.

Czyni też prowincję dostępną dla odległego o pięćdziesiąt mil wielkiego miasta. Przedsiębiorca budowlany kupuje 500 akrów ziemi wzdłuż rzeki od niezależnego właściciela z charakterem. Robi to, oferując sumy, które powodują, że oczy farmera wychodzą z orbit.

Najpierw powstaje 500 domów w sypialnej dzielnicy na przedmieściach nazwanej Brook Dale Manor. Rok później pojawia się kolejnych 500 pod nazwą Dale View Estates. To Dobra Rzecz, bo niezależny farmer (teraz już były farmer) z charakterem korzysta ze swojego prawa własności, a budowa podmiejskiej dzielnicy tworzy miejsca pracy. Rzeka wygląda teraz brzydko jak diabli, ale przejmują się tym tylko oszołomy.

W siedzibie korporacji Safeway, Bóg wie jak daleko, nowa populacja pojawia się jako ciemniejszy odcień zieleni na ekranie komputera. Zaczyna się budowa nowego supermarketu koło autostrady. To Dobra Rzecz, stanowiąca przykład wolnej przedsiębiorczości w działaniu i tworząca miejsca pracy w branży budowlanej. Co więcej, Safeway sprzedaje tańsze, bardziej zróżnicowane i, po prawdzie, lepsze jedzenie niż pół tuzina istniejących dotychczas w hrabstwie rodzinnych sklepów, które kończą działalność.

Niedługo potem o hrabstwie dowiadują się ludzie od centrów handlowych z wielkiego miasta. Firma dysponująca miliardem dolarów nie ma problemu z wykupieniem niezależnego farmera z charakterem, który zarabia mniej niż 40 tysięcy dolarów rocznie. Przybywa centrum handlowe z Wal-Martem. To Dobra Rzecz itd. Wal-Mart prawie wszystko sprzedaje tanio.

Ponadto wypiera z rynku większość sklepów w hrabstwie. Razem z nimi padają restauracje, nie odwiedzane już przez tych, którzy dawniej przychodzili tam przy okazji wizyt w okolicznych sklepach. Razem z restauracjami odchodzi poczucie wspólnoty, kwitnące w miasteczku, w którym są jadłodajnie, sklepy i rynek. Ale to szurnięte myślenie, które przemawia tylko do wtrącających się w cudze sprawy lewaków.

Pojawia się K-Mart, a wraz z nim, wzdłuż autostrady, McDonald's, Arby's, Roy Rogers oraz inne stacje pośrednie na drodze do zatoru wieńcowego. Pasaż handlowy przy autostradzie to Dobra Rzecz, bo stanowi przykład korzystania z wolności gospodarczej. Handel podlega teraz kontroli działających na odległość finansistów, dla których hrabstwo to szpilka na mapie.

To Dobra Rzecz. Etaty w nowych sklepach są bezpieczne i wygodne. Niezależni farmerzy [frontiersmen] z charakterem, zatrudnieni teraz na niskich stanowiskach w którejś z sieci, nie są już niezależni, bo można ich zwolnić.

Pojawia się trzecia podmiejska dzielnica – Brook Manor View Downs. Przesiedleni do swoich szkaradnych domów miastowi przewyższają teraz liczebnie miejscowych z charakterem. Są też sprytniejsi, mają w swoich szeregach prawników i współpracują ze sobą. Szybko przejmują kontrolę we władzach hrabstwa.

Chcą miejskiego systemu kanalizacji, więcej dróg, szkół i odgórnych regulacji budowlanych [zoning]. To ostatnie nie jest takie nierozsądne. W rzadko zaludnionym hrabstwie kilka wieprzy trzymanych w zagrodzie za domem albo rozsypujący się merc bez kół nikomu nie przeszkadza. W zajmującym ćwierć akra getcie dorobkiewiczów – już tak. Potem przychodzą przepisy nakazujące trzymanie psów na smyczy i konieczność uzyskania zezwoleń na ich posiadanie. Hałaśliwe gromady obwisłouchych psiaków stają się nielegalne.

Ceny idą w górę – podatki tak samo. Zyski z rolnictwa i łowienia krabów w rzece nie wzrastają. Farmerzy i rybacy są stopniowo zmuszani do sprzedaży swojej ziemi inwestorom budowlanym i przejścia na pracę etatową od ósmej do piątej. Niestety, nie można być jednocześnie niezależną osobą z charakterem i bać się swojego szefa. Gdy silny charakterem, niezależny farmer zaczyna pracować jako ochroniarz w Gapie, staje się niewykwalifikowanym najemnikiem. Różnica między niezależnym rolnikiem uprawiającym własną ziemię a popychadłem drugiej kategorii to niezależność lub jej brak.

Ludzie zarabiają więcej pieniędzy i kupują domy w Manor Dale Mews, ale w mniejszym stopniu panują nad własnym czasem, więc nie budują już sami własnych stodół, nie zakładają sami elektryczności w domach i nie wymieniają sami tarcz sprzęgła. Koniunktura to Dobra Rzecz. W jej wyniku dzieci zaradnego farmera stają się zależne od innych, gdy chcą zmienić olej, odremontować piec albo naprawić łódkę.

Większość ludzi, którzy niedawno przyjechali z miasta, obawia się broni. Nie polują, wiedząc, że jedzenie pochodzi z Safeway’a i jego nowo przybyłego konkurenta, Gianta. Nie lubią niezależnych chłopów, których nazywają wsiokami, prostakami albo prowincjuszami. Polowanie i tak nie ma w ich przypadku sensu, bo stada wędrownych ptaków znikają z mokradeł.

Po prawdzie, gdy ludzie strzelają z karabinów i śrutówek w miejscu, które staje się coraz bardziej załącznikiem do miasta, nie jest to bezpieczne. Wpływ nowo przybyłych powoduje, że niezależnym trudniej nawet pokazać się z bronią na widoku. Na wysypisku śmieci nie wolno już strzelać do szczurów.

Dzieci zaradnych wieśniaków nie radzą sobie w szkole tak dobrze, jak potomstwo dojeżdżających do pracy pasożytniczych najeźdźców, i są powoli spychane na margines. Przestępczość wzrasta w miarę jak rwą się więzi społeczne. Wcześniej właściwie każdy znał każdego i wiedział, jaki kto ma samochód. Obcy się wyróżniali. Nastolatki sprawiały kłopoty, ale były granice. Teraz wdaje się anonimowość wielkich liczb, a zresztą nie ma już żadnej społeczności.

I w ten sposób hrabstwo pełne wolnych farmerów przemienia się w kolejną mięczakowatą dzielnicę podmiejską zamieszkałą przez bezbarwnych dorobkiewiczów, którzy nie potrafią napompować własnych opon. Wiejscy indywidualiści stają się trybikami w cudzej maszynie. Ich dzieci wyrastają na rozwiązłe seksualnie supermarketowe małpy, ćpające, żeby uciec od nudy. Samo hrabstwo to teraz płat ohydnej, pomalowanej na jaskrawy kolor, tandetnej zabudowy osiedlowej. Życie mieszkańców jest zarządzane na odległość.

W skrócie rzecz biorąc chodzi o to, że niezbywalne prawo niezależnego rolnika do pozbycia się swojej własności w sposób, w jaki sobie tego życzy (którego nie podważam), prowadzi generalnie do tego, że dostaje się ona w ręce przedsiębiorcy budowlanego. Niezbywalne prawo do rozmnażania się prowadzi do zatłoczenia, które skutkuje brakiem niezależności, wścibskim rządem i utratą lokalnej kontroli.

Chciałbym znów żyć w świecie pana Liddy’ego. Niestety, ten świat ma tendencję do samolikwidacji. Wolność jest na dłuższą metę sprzeczna z wolnością, bo nieuchronnie zostaje użyta w taki sposób, który rodzi kontrolę. Jako gatunek po prostu nie potrafimy się opanować. Ale przez pewien czas żyło nam się dobrze.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Fred Reed, The Suicide Of Marlboro Man, http://www.fredoneverything.net/Liddy.shtml

The Suicide Of Marlboro Man opublikowano na stronie Freda Reeda Fred On Everything w 2002 r.



2008/06/28

Look7777777 – Culture Watch – 2008.06.29


Nie trzeba okaleczać człowieka, aby wytłumaczyć Wcielenie; należy tylko zrozumieć dynamizm istoty ludzkiej, która realizuje się, wychodząc z siebie; tylko w Bogu odnajdujemy samych siebie, naszą pełnię i skończoność. Tak widzimy, że nie ten, kto zamyka się w sobie, jest człowiekiem pełnym, lecz ten, kto otwiera się, który wychodzi od samego siebie, staje się kompletny i odnajduje samego siebie właśnie w Synu Bożym, odnajduje swoje prawdziwe człowieczeństwo.

Dla św. Maksyma wizja ta nie pozostaje spekulacją filozoficzną; jej realizację widzi on w konkretnym życiu Jezusa, przede wszystkim w dramacie Getsemani. W tym dramacie konania Jezusa, w lęku przed śmiercią, w przeciwstawieniu ludzkiej woli, by nie umierać, Bożej woli ofiarowania się aż do śmierci, w tym dramacie Getsemani spełnia się cały dramat ludzki, dramat naszego odkupienia. Św. Maksym powiada nam, a my wiemy, że to prawda: Adam (a Adamem jesteśmy my sami) myślał, że „nie” jest szczytem wolności. Tylko ten, kto może powiedzieć „nie”, będzie prawdziwie wolny; aby prawdziwie urzeczywistnić swoją wolność, człowiek musi mówić Bogu „nie”; tylko w ten sposób myśli, że stał się wreszcie sobą, że osiągnął szczyt wolności. Tendencję tę zawierała także ludzka natura Chrystusa, ale przezwyciężyła ją, ponieważ Jezus zobaczył, że nie negacja jest uwieńczeniem wolności. Szczytem wolności jest „tak”, zgodność z wolą Bożą. Tylko w „tak” człowiek staje się rzeczywiście sobą; tylko w wielkim otwarciu „tak”, w zjednoczeniu swej woli z wolą Bożą człowiek staje się niezmiernie otwarty, staje się „boski”. Być jak Bóg było pragnieniem Adama, to znaczy być całkowicie wolnym. Jednakże nie jest boski, nie jest w pełni wolnym człowiek, który zamyka się w sobie; jest nim, gdy wychodzi z siebie, w „tak” staje się wolny; a to jest dramat Getsemani: nie Moja wola, lecz Twoja. Tak, przemieniając wolę ludzką w wolę Bożą, rodzi się prawdziwy człowiek, w ten sposób jesteśmy odkupieni.

Benedykt XVI, Audiencja generalna: O św. Maksymie Wyznawcy oraz o prawdziwym znaczeniu tolerancji, wolności i dialogu, http://info.wiara.pl/wydruk.php?grupa=4&art=1214418849



_______


Of course I know that the Enemy [God] also wants to detach men from themselves, but in a different way. Remember always, that He really likes the little vermin, and sets an absurd value on the distinctness of every one of them. When He talks of their losing their selves, He only means abandoning the clamour of self-will; once they have done that, He really gives them back all their personality, and boasts (I am afraid, sincerely) that when they are wholly His they will be more themselves than ever.

Fragment of a letter from Screwtape to Wormwood. From C.S. Lewis, Screwtape Letters, 1942. Letter XIII.

_______



[Sherlock Holmes said:] “Thank you. I have no doubt I can get details from Forbes. The authorities are excellent at amassing facts, though they do not always use them to advantage. What a lovely thing a rose is!”

He walked past the couch to the open window and held up the drooping stalk of a moss-rose, looking down at the dainty blend of crimson and green. It was a new phase of his character to me, for I had never before seen him show any keen interest in natural objects.

“There is nothing in which deduction is so necessary as in religion,” said he, leaning with his back against the shutters. “It can be built up as an exact science by the reasoner. Our highest assurance of the goodness of Providence seems to me to rest in the flowers. All other things, our powers, our desires, our food, are all really necessary for our existence in the first instance. But this rose is an extra. Its smell and its colour are an embellishment of life, not a condition of it. It is only goodness which gives extras, and so I say again that we have much to hope from the flowers.”




_______


I knew that high school was going to be a bit more rigorous than my education had previously been. I was going to delve deeper into science, into history, into theology, into philosophy. I was a little nervous about the challenges that would be presented, but I was scared stiff of losing the wonder.

I guess as Chesterton fans, we all have this passion for wonder. Like Chesterton, we see that the world is suffering not from 'lack of wonders, but from lack of wonder.' And I was afraid that digging into these subjects, turning them over, and analyzing them would make me lose my sense of wonder.

I've gone from being a timid little freshman to a smug senior, and I see how wrong I was. My education took away none of the excitement, none of the enthusiasm, none of the wonder. It increased it.

Just as Innocent Smith in Manalive courts and marries his wife again and again so he can rediscover his joy in her, his love for her; just as he robs his house so he can rediscover that his possessions are his; and just as he travels around the world to rediscover the immense beauty of going home again... I too rediscovered.

And the real joy is that there is so much more. College is somewhere in the near future, and though perhaps I'll be a bit of a timid freshman, adjusting to a new environment and place, not sure if I'm up to the challenge of such rigorous study... I know I won't be afraid of learning. Rather, I'm anxious for it.

I want to rediscover everything again and again, the way Innocent Smith did. And the more I rediscover everything, the more I rediscover God.

"Behold," He says, "I make all things new."

Mamselle Duroc, Rediscovery, http://chesterteens.blogspot.com/2008/06/rediscovery.html

_______



After celebrating Mass facing the Lord I can report these favorable effects from the priest's point of view:
  1. I don't have to worry about where to look
  2. I don't have to worry about what my face looks like
  3. I can weep at the beauty and wonder of it all without concern
  4. I can worship more freely and fully
  5. I feel more at one with the people of God
  6. I am on a journey to God with the people
  7. I am not the focus of attention
  8. The elevation of the host and the Ecce Agnus Dei have become more of a focus
  9. I feel more part of the great tradition
  10. I can't see who's not paying attention and feel I have to do something to get their attention back.
Fr. Dwight Longenecker, Good Things from Facing the Lord, http://gkupsidedown.blogspot.com/2008/04/good-things-from-facing-lord.html



_______



Dad continued to talk to the small girl, he engaged her in conversation on a constant basis. She was never bored and she clearly felt safe, loved, and important.

I never learned Dad’s name but his daughter was named Angela. I know because he used her name when talking to her. And everything she did was attentive teaching on his part. Not in a didactic way but in a supportive, nurturing way.

She was playing with a plastic animal. He showed how the tail on the animal allowed it to stand up on the table. It was gorilla like creature which stood on two legs. But with just two legs it was unstable. The tail allowed Angela to stand it up. Dad showed her how the leg gave the toy “stability.” “See, it’s stable now,” he explained.

The figure had two fingers held up in some way that I couldn’t really see from where I was. Dad asked Angela how many fingers the animal was holding up. She didn’t answer. He just explained that it had two fingers up. “Two is a number,” he said. “What is your number?” Angela said “four”. Dad said: “Four is how old you are. What is your number?” She again said “four”. No worries, Dad was patient. He repeated and Angela said something I couldn’t hear. I think she repeated her phone number. He smiled and told her that she was right.

Throughout this Angela cuddled up next to her father. Not once did he ignore her. Not once did he ask her to stop talking. It was total and complete attention.

I looked at the other family. The kids sat in the middle. They too played with toys but the adults with them paid them no mind. There was no conversation, no interaction, no touching. They were just people in the same room.

So many children today have parents who have not learned to be parents. Many still act like children themselves. To them children are not a blessing but a burden, an obligation. They want as little to do with them as possible -- they get in the way. They send them off to government prison camps for children, known as schools, where kids are warehoused more than educated. After school they pay as little attention as possible. They often have no idea where the kids are or what they are doing. And they don’t want to know.

There are parents who think that cash will be a good substitute for love, that a cell phone is a replacement for parental concern, the state schools can replace parental teaching. They think the television is ample “adult” supervision.

They don’t teach. They rarely love. They don’t talk to their children and when their children talk they don’t listen. They don’t ask questions as much as bark orders. Of course so many of these parents eventually ask themselves why their children are so messed up. The reality is that many kinds have a biological father and mother present but they don’t have parents.

Angela is different. She is a very lucky four-year-old. I find it hard to even list all the messages that she got from her father in the few minutes I witnessed them together.

She learned that she is important and loved. She learned things about stability and numbers and names of animals. She learned that she can accomplish things if she keeps trying. She learned that cleanliness is good. She got respect and thus learned respect. She got love and thus learned to love. Another thing she got, is something she won’t use for many years yet. She learned how to be parent herself.

CLS, Angela is a lucky girl, http://freestudents.blogspot.com/2008/06/angela-is-lucky-girl.html

_______



We all dislike abject poverty; but it might be another business if we began to discuss independent and dignified poverty. We all disapprove of prostitution; but we do not all approve of purity. The only way to discuss the social evil is to get at once to the social ideal. We can all see the national madness; but what is national sanity? I have called this book "What Is Wrong with the World?" and the upshot of the title can be easily and clearly stated. What is wrong is that we do not ask what is right.