Showing posts with label infoanarchizm. Show all posts
Showing posts with label infoanarchizm. Show all posts

2008/03/26

Tłumaczenie: Cory Doctorow „Rozdając za darmo”

Rozpowszechniałem moje książki za darmo od momentu publikacji mojej pierwszej powieści – i w dodatku sporo na tym zarobiłem.

Gdy w styczniu 2003 r. Tor Books wydało moją pierwszą powieść, Down and Out in the Magic Kingdom, umieściłem jej elektroniczną wersję w internecie na licencji Creative Commons, co zachęciło czytelników do kopiowania książki na szeroką skalę. W ciągu jednego dnia plik z powieścią pobrano 30.000 razy (a ci, którzy to zrobili, mogli dalej ją kopiować). Po trzech latach i sześciu dodrukach książkę ściągnięto z mojej strony 700.000 razy. Nie jestem w stanie zliczyć, na ile języków ją przetłumaczono; kluczowe idee powieści wykorzystano przy tworzeniu oprogramowania, a w sieci konkurują ze sobą dwie adaptacje dźwiękowe autorstwa fanów.

Większość ludzi, którzy ściągają książkę, potem jej nie kupuje – ale i tak by jej nie kupili, więc nie straciłem żadnych przychodów ze sprzedaży, tylko zyskałem czytelników. Znikoma mniejszość traktuje darmowego ebooka jako substytut wersji drukowanej – to są stracone przychody ze sprzedaży. Ale dużo większa mniejszość traktuje książkę elektroniczną jako zachętę do kupienia wersji drukowanej. To zyski. Tak długo, jak zyski przekraczają straty, jestem do przodu. Tak czy inaczej dystrybucja niemal miliona kopii mojej książki nic mnie nie kosztowała.

Książka elektroniczna ma tę szczególną cechę, że jest czymś społecznym. Chce być kopiowana dla znajomych, rozsyłana z palmtopów, wklejana na listy mailingowe. Błaga, żeby zrobić z niej dowcipną sygnaturkę pod tekstem maila. Porusza się w sposób tak szybki i nieuchwytny, że może ogarnąć wszystkie aspekty twojego życia. Nic tak nie pomaga w sprzedaży książek jak osobista rekomendacja. Gdy pracowałem w księgarni, najprzyjemniejsze słowa, które mogliśmy usłyszeć, brzmiały: „Znajomy doradził mi, żeby kupić...” Ten znajomy doprowadził do zakupu; nam pozostało tylko jego sfinalizowanie. W epoce internetowych przyjaźni łatwiej uzyskać ustną rekomendację za pomocą ebooka niż martwych drzew.

Są dwie rzeczy, o które pisarze pytają mnie w związku z tą inicjatywą. Po pierwsze: czy dzięki temu sprzedaje się więcej książek? I po drugie: jak namówiłeś swojego wydawcę, żeby zgodził się na ten szalony projekt?

Nie da się empirycznie udowodnić, że rozdawanie książek za darmo zwiększa ich sprzedaż – ale zrobiłem tak z trzema powieściami i zbiorem krótkich opowiadań (a w przyszłym roku zrobię to z dwiema kolejnymi powieściami i następną kolekcją opowiadań) – i liczba sprzedanych egzemplarzy moich książek za każdym razem przekraczała oczekiwania wydawcy. Porównanie wyników sprzedaży moich książek i z danymi dotyczącymi dzieł moich kolegów po fachu wskazuje, że moje książki radzą sobie nieco lepiej od utworów podobnych pisarzy na porównywalnym etapie twórczości. Ale bez cofnięcia się w czasie i ponownego wydania w takich samych okolicznościach tych samych książek bez programu darmowych ebooków, nie ma sposobu, żeby zyskać pewność.

Co jest pewne, to fakt, że każdy pisarz, który spróbował rozdawania za darmo ebooków w celu zwiększenia sprzedaży książek papierowych, wyszedł z tego doświadczenia usatysfakcjonowany.

Jak przekonałem Tor Books, żeby pozwoliło mi to zrobić? Tor Books to nie gotowy na każde ryzyko internetowy dorobkiewicz. To największy na świecie wydawca literatury science-fiction, stanowiący część niemieckiego giganta Holtzbrinck. To nie specyficznie pachnący infohipisi, którzy wierzą w to, że informacja chce być wolna. Są raczej bardzo zatroskanymi o wyniki finansowe taksatorami świata science-fiction, najprawdopodobniej najbardziej społecznego spośród gatunków literackich. Science-fiction napędzają zorganizowani entuzjaści – ochotnicy, którzy tydzień w tydzień urządzają w każdym zakątku świata setki spotkań literackich. Ci niestrudzeni promotorzy traktują książki jako znaki tożsamości i doniosłego znaczenia artefakty kultury. Głoszą ich pochwałę, tworzą wokół nich subkultury, cytują je podczas sporów politycznych, czasem nawet w oparciu o nie zmieniają swoje życie i pracę.

Ponadto, pierwsi fani science-fiction określili charakter samego internetu jako medium społecznego. Biorąc pod uwagę wysoką współzależność między pracą o charakterze technicznym a czytaniem SF, w nieunikniony sposób pierwsze nie dotyczące techniki dyskusje w sieci prowadzono na temat science-fiction. Internetowe zwyczaje niezobowiązującej gaduły, organizowania się fanów, publikowania i rozrywki pochodzą od fanów SF, a jeśli jakiś gatunek literacki ma w cyberprzestrzeni swoje naturalne miejsce, to właśnie science-fiction – gatunek, który ukuł termin „cyberprzestrzeń”.

Rzeczywiście, science-fiction to pierwszy gatunek literacki szeroko piratowany w internecie na kanałach „bookwarez”, gdzie umieszczano książki skanowane ręcznie, strona po stronie, które przekształcano na cyfrowy tekst i robiono korektę. Nawet dziś najczęściej piratowaną w sieci literaturą pozostaje SF.

Nic nie mogłoby mi dać na przyszłość więcej optymizmu. Jak napisał w swoim fundamentalnym eseju Piractwo to opodatkowanie progresywne [Piracy is Progressive Taxation] Tim O’Reilly, wydawca: „bycie na tyle znanym, żeby cię piratowano, to koronne osiągnięcie”. Wolę oprzeć moją przyszłość na literaturze, która obchodzi ludzi na tyle, że kradną, niż poświęcić życie takiemu jej rodzajowi, na który nie ma miejsca w dominującym obecnie medium.

A co z przyszłością? Wielu autorów obawia się, że książki elektroniczne z coraz większą łatwością będą zastępować drukowane ze względu na zmieniających się czytelników i lepszą technologię. Podchodzę do tego lęku ze sceptycyzmem – kodeks [format książki] przetrwał wieki jako prosta i elegancka odpowiedź na pytanie o funkcjonalność potrzebną przy druku – aczkolwiek dla stosunkowo niewielkiej liczby osób. Większość ludzi nie jest i nigdy nie będzie czytelnikami – ale ci, którzy nimi są, będą nimi zawsze i niewątpliwie są oni żądni książek papierowych.

Ale powiedzenie tego uważa się za stwierdzenie, że książki elektroniczne to jedyne, czego wszyscy chcą.

Nie sądzę, aby żądanie opłat za utwory w formie elektronicznej było praktyczne. Bity nigdy nie staną się trudniejsze do skopiowania. Musimy więc wymyślić, jak zarabiać na czym innym. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie można żądać opłat za kopiowalny bit, ale dziś z pewnością nie da się już zmusić czytelnika do płacenia za dostęp do informacji.

To nie pierwszy raz, kiedy twórczy przedsiębiorcy znajdują się w okresie przejściowym. Aktorzy wodewilowi musieli przerzucić się na radio – dokonać nagłej zmiany – z sytuacji, gdy posiadali pełną kontrolę nad tym, komu wolno słuchać ich występu (jeśli ktoś nie kupił biletu, zostawał wyrzucony z sali) na sytuację, w której nie mają na to absolutnie żadnego wpływu (występu mogła słuchać każda rodzina, w której dziecko potrafiło skonstruować odbiornik radiowy – ówczesny odpowiednik dzisiejszego zainstalowania oprogramowania do wymiany plików). Istniały modele biznesowe dla radia, ale przewidzenie ich a priori nie było łatwe. Któż mógłby się spodziewać, że radio będzie zawdzięczało swój wielki sukces stworzeniu systemu opłat za prawo odtwarzania utworów, zapewnieniu sobie przyzwolenia Kongresu w formie dekretu, założeniu stowarzyszenia zbierającego składki i wynalezieniu nowej wersji matematyki statystycznej w celu finansowania stowarzyszenia?

Przewidywania dotyczące przyszłości działalności wydawniczej – czy wiatr powieje z innej strony i książki drukowane staną się przeżytkiem – jest tak samo trudne. Nie wiem, jak w takim świecie pisarze zarabialiby na życie, ale wiem, że nigdy się tego nie dowiem odwracając się plecami do internetu. Znajdując się w centrum elektronicznej działalności wydawniczej, obserwując, co setki tysięcy czytelników robią z moimi książkami, zdobywam lepsze rozeznanie rynku niż w jakikolwiek inny sposób. Podobnie mój wydawca. Tak jak ja podchodzę na serio do kontynuowania w przewidywalnej przyszłości pracy pisarza – tak samo podchodzą do tego z powagą Tor Books i Holtzbrinck. Dla nich przyszłość działalności wydawniczej jest jeszcze ważniejsza niż dla mnie. Więc kiedy przedstawiłem im plan rozdawania książek w celu ich sprzedawania, długo się nie zastanawiali.

Dla mnie to także dobry interes. „Badanie rynku” polegające na udostępnianiu za darmo ebooków pomaga w sprzedaży książek drukowanych. Ponadto, większe czytelnictwo moich książek otwiera mi dużo innych możliwości zarobienia pieniędzy za prace związane z pisaniem – takie jak katedra Fulbrighta, którą otrzymałem w tym roku na USC [University of Southern California], ten bardzo dobrze płatny artykuł w „Forbesie”, wygłaszanie odczytów i inne sposobności do tego, żeby uczyć, pisać i udzielać licencji na tłumaczenie oraz adaptację moich utworów. Niestrudzone popularyzowanie przez fanów tego, co piszę pomaga nie tylko w sprzedaży moich książek – promuje również mnie.

Złote czasy, kiedy setki autorów żyły tylko i wyłącznie z tantiem za swoje utwory, to bzdura. Na przestrzeni dziejów dochody starających się związać koniec z końcem pisarzy pochodziły z codziennej pracy, uczenia, darowizn, spadków, tłumaczeń, udzielania licencji i różnych innych źródeł. Internet nie tylko pomaga mi sprzedawać więcej książek – daje mi też więcej możliwości zarabiania na działalności związanej z pisaniem.

Nigdy wcześniej w historii ludzie nie czytali tylu słów napisanych przez tylu autorów, co dziś. Internet to literacki świat słowa pisanego. Jakie to dla pisarzy miłe.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Cory Doctorow, Giving It Away, http://www.forbes.com/2006/11/30/cory-doctorow-copyright-tech-media_cz_cd_books06_1201doctorow_print.html

Giving It Away opublikowano na stronie Forbes.com 1 grudnia 2006 r.

_______

Pliki z elektronicznymi wersjami książek Cory’ego Doctorowa można pobrać stąd:
http://craphound.com/index.php?cat=5




2008/01/09

Tłumaczenie: Peter Anderson „Gliniarz odpowiada”

(Objaśnienie: poniższe opowiadanie zostało napisane jako odpowiedź na Printcrime Cory’ego Doctorowa [polskie tłumaczenie: Drukozbrodnia] – opowiedziane z perspektywy jednego z „gliniarzy”. Proponuję przeczytać najpierw pierwotne opowiadanie, a potem moje – inaczej to, co napisałem, może wydawać się bez sensu. Specjalne podziękowania dla Cory’ego za zezwolenie [na wykorzystanie jego opowiadania] i miłe słowa.)
1
Gliniarze [coppers] – tak nas nazywano – na początku ze względu na miedziany [copper] kolor guzików, lśniących na naszych piersiach i całym mundurze, ale później ze względu na sposób, w jaki zawsze zmuszaliśmy ich, aby przyznali się do swoich przestępstw. Z czasem sami zaczęliśmy się tak nazywać. I faktycznie się przyznawali – zawsze. Niektórzy najpierw twierdzili, że są niewinni, ale po zaledwie kilku minutach w pokoju przesłuchań przyznawali się do wszystkiego – żebyśmy tylko przestali. Większość z nich moglibyśmy prawdopodobnie aresztować i tak, zamknąć na czas nieokreślony, ale formalne przyznanie się czyniło ich winę czymś oficjalnym – schludnym, czystym, wyraźnym i bezsprzecznym w oczach dowolnego prawnika, który mógłby wmieszać się w sprawę – nie żeby wielu to robiło.

2
Jednak Kessler był inny i za to go w pewien sposób podziwiałem. W przeciwieństwie do reszty drukarskiej hołoty, nigdy nie krzyczał o prawnika, ani nie twierdził, że jest niewinny. Zamiast tego zachowywał się spokojnie, przyznając się do winy od momentu, gdy z megafonu zagrzmiał akt oskarżenia, a my, trzymając za kostki, wyciągnęliśmy go z domu i wlekliśmy, uderzając jego głową w schody. Niektórzy mogliby powiedzieć, że – skoro poddał się z taką uległością – brutalne traktowanie – wywlekanie go na zewnątrz i niszczenie jego domu – nie było wcale potrzebne. I może mieliby rację. Ale i tak, pijani władzą, wymachiwaliśmy pałami, roztrzaskując czaszki i demolując sprzęty – dla czystej frajdy.

3
Zawsze robiliśmy show, porwani szaleńczym duchem aresztowania. Oczywiście, dawało nam to przyjemność – i dlatego to robiliśmy – ale takie traktowanie oskarżonych Departament uważał za środek odstraszający – i dlatego stanowiło ono oficjalną linię postępowania. Rozwalić wszystko – witrażowe lampy, kufry podróżne, sprzęty, naczynia, okna – i niczego nie sprzątać – dla przypomnienia, dlaczego wszyscy obywatele powinni być posłuszni ustawom, niezależnie od tego, czy się na to zgadzają, czy nie. Kessler miał więcej niż inni śmieci, pochodzących prawdopodobnie z nielegalnego druku. Miał nawet tę śmieszną klatkę, którą zniszczyłem jednym depnięciem buta. Nie widziałem w środku żadnego ptaka, ale jeśli mieszkał w domu Kesslera, musiał być przestępcą – tak jak on – i zasłużył na to, co dostał.

4
Kesslera zdemolowaliśmy prawie tak mocno, jak jego dom. Pracowaliśmy nad nim we trójkę pałkami i pięściami, a kiedy upadł – metalowymi okuciami butów. Kiedy go wywlekliśmy, był połamany i zakrwawiony. Zatrzymaliśmy się na minutę, żeby dziennikarzyki mogły zrobić zdjęcia. Wszyscy szczerzyliśmy się do aparatów, jakbyśmy ustrzelili dorodnego jelenia. Potem wrzuciliśmy Kesslera na tył furgonu. Znów – odstraszanie. Wiedzieliśmy, że dziennikarzyki służbiście doniosą o tym, co zaszło, chwaląc naszą sumienność i wysyłając sygnał ostrzegawczy do wszystkich obywateli. Do obywateli takich jak sąsiedzi Kesslera, którzy kulili się ze strachu za zamkniętymi drzwiami i nie przyszli mu z pomocą – do tych samych ludzi, którym Kessler pomagał, dostarczając nielegalne produkty.

5
Dobytek przestępcy zostawialiśmy na miejscu, jako groźny komunikat administracji publicznej – cały dobytek, to znaczy z wyjątkiem drukarki, która – nawet rozwalona – wciąż mogła być niebezpieczna. Ci drukarze to sprytni złodzieje, którzy bez wątpienia zdołaliby wyciągnąć ze strzaskanego urządzenia jego parametry i stworzyć kolejne, dobre jak nowe i tak samo niebezpieczne dla cywilizowanego porządku życia, jak to, które wzięli za wzór. Drukarze nie mieli żadnych skrupułów, jeśli chodzi o produkowanie wysokiej jakości farmaceutyków, komputerów, sprzętów domowych – wszystkiego, co, zgodnie ze świętą literą prawa, stanowiło wyłączną domenę Korporacji. Drukarkę należało zabrać na posterunek dla bezpiecznego przechowania i jako trofeum – ale, na szczęście dla nas, rzadko jako dowód w jakimkolwiek procesie.

6
Kessler szybko poddał się sprawiedliwości, przyjmując wyrok ze spokojem. Moi przełożeni byli do tego stopnia zadowoleni z unieszkodliwienia tak wysoko postawionego fałszerza, że dali mi awans na funkcjonariusza więziennego w zakładzie, gdzie trzymano Kesslera – po tym, jak w końcu wypuszczono go ze szpitala. Od chwili, gdy przybył do więzienia, siedziałem mu na karku – budziłem go o nieludzkich porach, podtruwałem mu jedzenie, nawet sprowokowałem między nim a innym więźniem bójkę, wskutek której zaczął poważnie utykać i w obawie przede mną bez przerwy oglądał się za siebie.

7
Ale czasy się zmieniły. Oczywiście, wciąż dominowała Korporacja, ale władzę przejęła nowa Administracja, bezmyślnie litująca się nad przestępcami, którzy – nawet za kratami więzienia – wciąż stanowili poważne zagrożenie dla państwa. Administracja przejęła władanie nad Departamentem, lekkomyślnie traktując z łagodnością więźniów, których nazwała „niesłusznie skazanymi”. Wśród nich znalazł się Kessler, którego ułaskawiono po odsiedzeniu zaledwie dziesięciu lat z pięćdziesięcioletniego wyroku. A ja zostałem zdegradowany, oddelegowany z powrotem do regularnych patroli, a ponieważ wobec Administracji i Departamentu byłem bezsilny, korzystałem z władzy tam, gdzie się dało. To znaczy, w stosunku do Kesslera. Kiedy doszły mnie wieści, że wypytuje o masę drukarską, szukając nowego źródła dostaw – w sytuacji, gdy stare zostały wyeliminowane – wiedziałem, że coś szykuje.

8
Jednak z powrotem na patrolu nie jest już tak, jak w starych, dawnych czasach. Nie mogę po prostu kopniakami wyważać drzwi, rozwalać łbów i wymuszać od opornych przyznania się do winy. Zamiast tego muszę prowadzić inwigilację, gromadzić dowody i – żeby kogoś aresztować, nawet za najdrobniejsze przestępstwo – zdobywać nakazy – prawdziwe, a nie udzielane automatycznie, jak dawniej. Zamiast stosować brutalną siłę, muszę przypatrywać się i obserwować. To na swój sposób interesujące – ćwiczenie intelektualne zamiast niegdysiejszego stosowania siły fizycznej. Więc przypatruję się i obserwuję Kesslera i jego córkę – pociągającą osiemnastolatkę o imieniu Lane. Kiedy wsadziłem Kesslera do więzienia, była zaledwie dzieckiem, ale od tej pory dojrzała i stała się bardzo atrakcyjną panną. Obserwuję ich pewnego popołudnia przez okno kuchenne; są w salonie; on siedzi w kącie, a ona nerwowo spaceruje – długie nogi i obcisłe spodnie – ale chociaż widzę ich dosyć wyraźnie, słyszę ich bardzo słabo przez moskitierę.

9
Szybko orientuję się, że Kessler zmienił swoje metody. Sąsiedzi nie wparadowują już do jego domu o różnych porach, żeby kupić leki, drobne przedmioty i sprzęty. Zamiast tego każdego dnia przybywa tylko jeden lub dwóch gości – przychodzą jedynie z pełnymi nadziei twarzami i niedługo później wychodzą z zupełnie pustymi rękami. Myślę, że Kessler przestawia się na produkty dla bogatych i albo nie ma ich jeszcze gotowych, albo są tak drogie, że nikogo na nie nie stać.

10
Przez otwarte okno kuchenne słyszę tylko urywki rozmowy – „warte pójścia do więzienia”, „już nigdy” – i słyszę jak Kessler siorbie, jakby coś pociągał z filiżanki, a potem głośno wzdycha. Słyszę jak mówi: „Chcę ci coś powiedzieć na ucho...” – zanim szum generatora zagłusza jego głos. Wyjawia swój sekretny plan, który wymyślił – tylko jej.

11
Wpatruję się w salon przez okno, mijając wzrokiem postrzępioną moskitierę i brudną zasłonę; widzę w przelocie smukłe biodra córki Kesslera, która nachyla się, żeby usłyszeć tajemnicę. Przez chwilę wyobrażam sobie, że jestem na jego miejscu – nie jako przestępca, wyjawiający szeptem swój najnowszy plan, ale jako obiekt zainteresowania młodej kobiety – takiej, jak ona; delikatnej i gibkiej, o słodkim oddechu i ciemnobrązowych oczach – i, w przeciwieństwie do uczuć Kesslera, moje uczucia nie są wcale ojcowskie. I wyobrażam sobie, że... nie, nie mogę sobie takich rzeczy wyobrażać, nie teraz. Teraz mam do wykonania zadanie. Reszta niech będzie dodatkową korzyścią, która z niego wynika, a nie nim samym.

12
Widzę, jak dziewczyna raptownie się prostuje, jakby w szoku; jakby plan Kesslera był tak zuchwały, że wzdraga się na samą myśl o nim. Jest jasne, że Kessler wykombinował coś poważnego – a ja o tym wiem i dorwę go. Na razie po prostu będę go bacznie śledził, chociaż teraz ja i inni gliniarze mamy z tym ciężko; ale mimo trudności wsadzę Kesslera do więzienia – tym razem na dobre. Powinno mi się udać zdobyć na niego jakieś dowody – delikatnie i elegancko – choć wolałbym robić to po staremu, wywalając drzwi z zawiasów i rozwalając łby. A wkrótce znowu będę mógł to robić, bo obecna Administracja już zaczyna tracić kontrolę. Władza wraca w ręce drugiej strony – w ręce takich jak ja gliniarzy, którzy wolą używać siły. Ten słodki dzień wkrótce nadejdzie, a kiedy to się stanie, docenię to tym bardziej, bo tak długo mi tego brakowało. Odzyskanie tego będzie warte więcej niż wszystko inne.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Peter Anderson, The Copper Responds, http://www.petelit.com/2007/12/the-copper-resp.html

The Copper Responds opublikowano na stronie PeteLit.com 2 grudnia 2007 r.

_______

Ten tekst jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0 Unported.



2008/01/01

Tłumaczenie: Cory Doctorow „Drukozbrodnia”

Gliniarze rozwalili drukarkę mojego taty, kiedy miałam osiem lat. Pamiętam jej gorący zapach, podobny do zapachu aluminiowej folii w mikrofalówce, i widok wściekle skoncentrowanego Tatusia, napełniającego drukarkę świeżą maziowatą masą drukarską, i wychodzące z niej przedmioty, przypominające w dotyku świeże wypieki.
Gliniarze weszli przez drzwi, wymachując pałkami; jeden z nich recytował przez megafon nakaz [sądowy]. Tatusia wsypał jeden z klientów. Ipolicja płaciła wysokiej jakości farmaceutykami – stymulantami, suplementami na polepszenie pamięci, szczepionkami na poprawę metabolizmu. Tego rodzaju rzeczami, które bez recepty kosztują fortunę; tego rodzaju rzeczami, które mógłbyś wydrukować w domu, gdyby nie przejmowało cię ryzyko, że twoja kuchnia nagle wypełni się dużymi, napakowanymi cielskami, a twarde pałki zaczną ze świstem przecinać powietrze, demolując wszystkich i wszystko, co stanęło im na drodze.

Zniszczyli kufer babci; ten, który przywiozła jeszcze z ojczystych stron. Rozwalili naszą małą lodówkę i oczyszczacz powietrza nad oknem. Mój kanarek uniknął śmierci, przycupnąwszy w kącie klatki, kiedy duża, obuta stopa zmieniła większą jej część w żałosny kłębek drutu.

Tatuś. Co oni mu zrobili. Kiedy z nim skończyli, wyglądał jakby wziął udział w bijatyce z całą drużyną rugbystów. Wywlekli go za drzwi i pozwolili wszystkim dziennikarzykom dobrze mu się przyjrzeć, kiedy wrzucali go do auta. Przez cały ten czas rzecznik opowiadał światu, że mój Tatuś odpowiada za piracką produkcję nielegalnych przedmiotów o wartości co najmniej 20 milionów i że mój Tatuś, zdesperowany złoczyńca, opierał się przy aresztowaniu.

Widziałam to wszystko przez mój telefon, siedząc w tym, co pozostało z naszego salonu, oglądając to na wyświetlaczu i zastanawiając się, jak ktokolwiek, popatrzywszy na nasze małe mieszkanko i nędzny, lichy majątek, mógł pomylić je z posiadłością szefa zorganizowanej grupy przestępczej. Oczywiście, zabrali drukarkę i wystawili na widok dziennikarzyków, jak trofeum. Jej mały przybytek we wnęce kuchennej wydawał się okropnie pusty. Kiedy się ocknęłam, ogarnęłam mieszkanie, oswobodziłam biednego ćwierkającego kanarka i postawiłam na miejscu drukarki mikser. Był zrobiony z wydrukowanych części, więc starczyłby tylko na miesiąc, zanim musiałabym wydrukować nowe łożyska i inne ruchome części. W tamtych czasach umiałam rozebrać i złożyć na nowo wszystko, co dało się wydrukować.

Kiedy skończyłam osiemnaście lat, byli gotowi wypuścić Tatusia z więzienia. Odwiedziłam go trzy razy – w moje dziesiąte urodziny, w jego pięćdziesiąte i kiedy umarła Mamusia. Minęły dwa lata, od kiedy widziałam go po raz ostatni. Wyglądał źle. Wskutek uczestnictwa w więziennej bójce utykał i oglądał się za siebie tak często, że wyglądało, jakby miał tik. Czułam wstyd, kiedy minitaksówka wysadziła nas przed domem, i starałam się zachować pewien dystans od tego zniszczonego, kuśtykającego szkieletu, kiedy wchodziliśmy do środka i schodami na górę.

– Lanie – powiedział, sadzając mnie na krześle. – Wiem, że jesteś bystrą dziewczyną. Nie wiesz może, skąd twój stary Tatuś mógłby wziąć jakąś drukarkę i trochę masy drukarskiej?

Zacisnęłam ręce w pięści tak mocno, że paznokcie wpiły mi się w dłonie. Zamknęłam oczy.

– Tatusiu, siedziałeś w więzieniu przez dziesięć lat. Dziesięć. Lat. Będziesz ryzykował kolejnych dziesięć lat, żeby drukować nowe miksery i leki, nowe laptopy i markowe kapelusze?

Uśmiechnął się szeroko.

– Nie jestem głupi, Lanie. Dostałem już nauczkę. Nie warto iść do więzienia za żaden kapelusz ani laptop. Już nigdy nie wydrukuję żadnych tego rodzaju śmieci.

Trzymał w ręku filiżankę herbaty i pił ją teraz, jakby to była whisky – łyk, a potem długi, głęboki wydech. Zamknął oczy i odchylił się do tyłu na krześle.

– Chodź tutaj, Lanie, chcę ci coś powiedzieć na ucho. Powiem ci, co zdecydowałem, kiedy spędzałem dziesięć lat w zamknięciu. Podejdź i podsłuchaj swojego głupiego Tatusia.

Poczułam się winna, że go zbeształam. Było jasne, że sfiksował. Bóg jeden wie, co przeszedł w więzieniu.

– Co takiego, Tatusiu? – zapytałam, nachylając się blisko.

– Lanie, będę drukował nowe drukarki. Dużo nowych drukarek. Po jednej dla każdego. To warte pójścia do więzienia. To warte wszystkiego.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Cory Doctorow, Printcrime, http://craphound.com/?p=573

Printcrime opublikowano po raz pierwszy w magazynie „Nature” w styczniu 2006 r.

_______

Printcrime znajduje się w zbiorze opowiadań i nowel Overclocked: Stories of the Future Present, który można pobrać za darmo ze strony Cory’ego Doctorowa.

Na stronie Escape Pod można posłuchać Printcrime w interpretacji Karen Roman: http://escapepod.org/2007/01/09/ep-flash-printcrime/






_______

Ten tekst jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.