Showing posts with label wolny rynek. Show all posts
Showing posts with label wolny rynek. Show all posts

2007/11/17

Anarchia w Somalii i uważne czytanie

Pierwszego kwietnia 2004 r. tygodnik The Economist opublikował artykuł poświęcony sytuacji w Somalii. Oto tłumaczenie tekstu:

Coca-Cola i Al-Kaida

Mogadishu, 1 kwietnia 2004

Najbardziej chaotyczny kraj Afryki nieco spokojniejszy, ale prawdopodobnie wciąż stanowi schronienie dla antyzachodnich terrorystów

W Somalii firmę można prowadzić na dwa sposoby. Opłacić lokalnego watażkę, nie zawsze najbardziej godnego zaufania gościa i mieć nadzieję, że powstrzyma swoich milicjantów przed mordowaniem twojego personelu. Albo możesz powiedzieć mu, żeby się wypchał i wynająć własną milicję. Po trzynastu latach wojny domowej biznesmeni coraz częściej wybierają tę drugą możliwość, a ich nieustępliwość zostaje nagrodzona. Do najbardziej chaotycznego kraju świata powraca odrobina normalności. Gospodarka zaczyna kwitnąć.

W zeszłym miesiącu otwarto w Mogadishu pierwszą rozlewnię Coca-Coli. Fakt, że komory do przechowywania dwutlenku węgla zamknięto we wzmocnionym betonie odpornym na ostrzał z moździerzy, nie jest istotny. Somalijczycy mają teraz okazję, aby psuć sobie zęby, jak wszyscy inni – i to jest dobre. Dystrybucję coli po całym kraju ułatwi obecność setek doświadczonych ochroniarzy, odpowiedzialnych też za bezpieczeństwo zagranicznych ekspertów, którzy czasem tu wpadają. Nowoprzybyłe osoby zachęca się, aby krótko po przyjeździe uspokoiły nerwy, wystrzeliwując parę pocisków albo rzucając granatem ręcznym.

– To naprawdę działa – entuzjazmuje się przebywający tu z wizytą kenijski inżynier.

O dziwo, odrodzenie umożliwiła pogłębiająca się fragmentacja Somalii. Wciąż nie ma prawdziwego rządu centralnego, ale tam, gdzie kiedyś działała garstka watażków, teraz jest ich co najmniej dwudziestu czterech – i to tylko tych poważnych. Mogą teraz obrabować mniejszą liczbę ludzi z pieniędzy i niewielu stać na toczenie sześciogodzinnych bitew, które kosztują 100.000 dolarów albo więcej – więc takie bitwy wybuchają rzadziej. To uchodzi w Somalii za pokój i wystarcza, aby skusić wielu tęskniących za ojczyzną emigrantów do powrotu. Przywożą ze sobą pieniądze, umiejętności i kontrakty. W ciągu ostatnich kilku lat pojawiły się szpitale, szkoły, firmy, a nawet uniwersytet.

Pod pewnymi względami anarchia ułatwia prowadzenie interesów. Nie ma żadnych oficjalnych podatków – biorąc pod uwagę, jak dobrze uzbrojony jest przeciętny Somalijczyk, trudno byłoby je zebrać – ani regulacji. Koszty chaosu przewyższają jednak zyski. Możesz przedrzeć się nie niepokojony przez blokadę drogową watażki, jeżeli z tyłu samochodu masz dziesięciu uzbrojonych ludzi – ale musisz tym ludziom zapłacić. Nationlink, jeden z trzech działających w kraju operatorów telefonii komórkowej, zatrudnia 300 osób do ochrony 500 pracowników.

Wszyscy bardzo chcieliby przywrócenia stabilności i prawdziwego rządu. Nie powiodło się kilkanaście prób wynegocjowania formalnego pokoju. Ale od 11 września 2001 r. zachodnie rządy – chcąc przeszkodzić Al-Kaidzie w użyciu Somalii jako bazy – naciskały na watażków, aby zawarli pokój. 29 stycznia, po rozmowach w Kenii, ich [zachodnich rządów] wysiłki zostały nagrodzone – zawarto porozumienie o podziale władzy, tworzące dwustusiedemdziesięciopięcioosobowy parlament, mający w zamyśle reprezentować wszystkie główne klany i mniejszości w kraju.

Somalijczycy są jednak sceptyczni. Według porozumienia przedstawicieli parlamentu wybiorą watażkowie, a zatwierdzą członkowie starszyzn. Kto wybierze starszyznę? Wielu obawia się, że watażkowie. Niektórzy twierdzą nawet, że poparcie Zachodu dla „procesu pokojowego” zachęca do przemocy, nagradzając zbirów udziałem we władzy. Biznesmenów i inne pokojowo nastawione osoby wykluczono z rozmów.

– Wybudowaliśmy szkoły, odbudowaliśmy szpitale i drogi. Ale nikt nie pyta nas o zdanie – mówi dyrektor generalny Nationlink, Ahmed Abdi Dini.

Od momentu zawarcia porozumienia o podziale władzy, rozmowy ugrzęzły w martwym punkcie. Wśród zgryźliwości osiągnięto konsensus w jednej kwestii: watażkowie, wielu z nich ledwie piśmiennych, jednogłośnie zgodzili się znieść paragraf zakazujący zasiadania w parlamencie osobom bez średniego wykształcenia.

Tymczasem, w dziesięć lat po spartaczonej interwencji, która miała na celu ochronę dostaw żywności do Somalii, wracają Stany Zjednoczone – tym razem polują na terrorystów. Amerykańcy oficerowie wywiadu pracują z dwoma watażkami, aby zdobyć informacje o ludziach podejrzewanych o przynależność do Al-Kaidy. W zeszłym roku nalot amerykańskiej jednostki specjalnej na szpital w Mogadishu zakończył się schwytaniem podejrzanego o terroryzm Jemeńczyka, który obecnie przebywa w Guantanamo Bay.

Husseinowi Aideedowi (w 1993 r. amerykańscy żołnierze usiłowali schwytać jego ojca, watażkę – zakończyło się to spektakularną klęską) zapłacono podobno 500.000 dolarów za 41 rakiet Strela, aby zagwarantować, że nie wpadną w ręce bin Ladenowców. Według pogłosek innych watażków też opłacono – prawdopodobnie na tyle sowicie, że mogli uzupełnić kurczące się zapasy broni. Wasz korespondent widział w bazie jednego z watażków, Mohameda Qanyare’ego Afraha, robiący wrażenie sprzęt, włącznie z czterema lśniącymi haubicami.

Duża zuchwałość, mała wiarygodność

Prowadzona przez Prezydenta George’a Busha wojna z terrorem przysporzyła mu w Somalii niewielu przyjaciół. W 2001 r. Stany Zjednoczone wymusiły zamknięcie największego somalijskiego banku przyjmującego przekazy pieniężne – oskarżając go o pranie pieniędzy terrorystów; zamroziły majątek al-Haramain, saudyjskiej organizacji charytatywnej, mającej domniemane powiązania z terrorystami. To być może skomplikowało życie Al-Kaidzie, ale utrudniło też somalijskim emigrantom wysyłanie pieniędzy krewnym, którzy pozostali w ojczyźnie, i doprowadziło między innymi do zamknięcia największego sierocińca w Somalii. Somalijczycy są wściekli, bo Stany nie oferują im nic w ramach rekompensaty.

– Musimy stać się terrorystami – mówi Abdulkadir Ahmed, członek milicji, który twierdzi, że szkoli się, aby walczyć z Ameryką. Z typową dla Somalijczyków zuchwałością dodaje:

– Palestyńczycy, którzy przeprowadzają zamachy samobójcze i zabijają przy tym paru ludzi, są głupi. Gdybym miał poświęcić swoje życie, zabrałbym ze sobą od tysiąca do siedmiu tysięcy Amerykanów.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Coke and al-Qaeda, http://anti-state.com/forum/index.php?board=23;action=display;threadid=10805

Coke and al-Qaeda opublikowano w tygodniku The Economist 1 kwietnia 2004 r.

_______

Uważne czytanie

Warto czytać uważnie. Często w natłoku wiadomości, które odbiorcy decydują się przyjąć, nie starcza już czasu na analizę tego, z czym się zapoznają. To daje nieuczciwym dziennikarzom sposobność do manipulowania przedstawianymi informacjami.

Jakie wnioski możemy wysnuć z pobieżnej lektury artykułu Coca-Cola i Al-Kaida?

Autor tekstu pisze o tym, jak somalijska anarchia sprawdza się w rozmaitych dziedzinach życia, ale zdaje się sugerować czytelnikom taką interpretację przedstawionych faktów, która doprowadzi ich do wniosku: „Anarchia faktycznie działa, ale państwo i tak musi istnieć”.

Współczesne metody manipulacji

Dawniej treści niepożądane przez właścicieli gazety, redaktorów bądź wpływające na nich władze państwowe po prostu wycinano. Stosowana obecnie metoda jest znacznie subtelniejsza. Owszem, nie można już przemilczać pewnych wiadomości – bo fakty i tak w końcu wyjdą na jaw (dzięki wolności słowa w internecie dzieje się to stosunkowo szybko). Można jednak napisać o istotnym wydarzeniu czcionką wielkości 6 punktów na 28 stronie, gdzieś między reklamami. Z technicznego punktu widzenia jest to wobec czytelników „uczciwe” – przecież zostało napisane. Można przedstawiane informacje bagatelizować albo obśmiać. Można umieścić relację w eksponowanym miejscu gazety, ale spreparować tekst w taki sposób, aby fakty zdawały się mówić jedno, ale zaplanowana przez autora artykułu interpretacja – coś zupełnie innego.

„Nasz korespondent” (artykuły w tygodniku The Economist (poza wydaniami specjalnymi) są niepodpisane, tak jakby miały jednego autora) w swojej relacji z Somalii nie stroni od drobnych złośliwostek. Zdanie: „Gospodarka zaczyna kwitnąć” w oryginale brzmi: An economy, of sorts, is beginning to thrive. Wyrażenie of sorts ma sugerować, że to, z czym mamy do czynienia w Somalii, to nie „normalna”, „zwykła” gospodarka, lecz „swego rodzaju” gospodarka, „coś na kształt” gospodarki.

Autorowi tekstu trudno przyznać, że brak „oficjalnych podatków” i „regulacji” oraz powszechne uzbrojenie społeczeństwa to sytuacja normalna. Jego postawa nie powinna być może dziwić w czasach, w których pod pojęciem „prowadzenia działalności gospodarczej” rozumie się zazwyczaj „produkowanie przedmiotów lub dostarczanie usług, na które zezwala państwo, od których pobiera podatek, przy okazji każąc prowadzić rejestr klientów i transakcji i przyznając sobie prawo do ograniczania produkcji, kontroli i stosowania kar” – a nie „produkowanie przedmiotów lub dostarczanie usług, za które ludzie są gotowi dobrowolnie zapłacić”.

W innym miejscu dziennikarz Economista pisze: „O dziwo, odrodzenie umożliwiła pogłębiająca się fragmentacja Somalii”. Wyrażenie „o dziwo” nie do końca oddaje oryginalny tekst, który brzmi mocniej: Perversely, this renaissance has been made possible by Somalia's continuing fragmentation. Słowo perversely kojarzy się z czymś „nienormalnym”, „zaprzeczającym wszelkiej logice”. Autor tekstu stara się przedstawić jako coś zadziwiającego fakt, że decentralizacja, secesja i władza podejmowania decyzji na najniższym możliwym szczeblu (aż do poziomu rodzin i poszczególnych ludzi) przynoszą rozwój gospodarczy.

Pierniki i rasiści

Nawet jeśli czytelnicy szybko zapominają o tym, co przeczytali w artykule, zazwyczaj na długo zostaje im w pamięci jego tytuł. Dziennikarz Economista wykorzystał ten fakt i zatytułował tekst: Coca-Cola i Al-Kaida. Czytelnik ma więc pozostać z wrażeniem, że anarchia (przynajmniej w wydaniu somalijskim) oznacza dostęp do coca-coli (można „psuć sobie zęby” – jak zauważa sarkastycznie autor artykułu) i – czytelnikowi mają się tu chyba nasunąć na myśl słowa „rzecz jasna” – terroryzm.

Stosując tę metodę, można by analogicznie zatytułować artykuł opisujący Toruń Pierniki i rasiści. Miasto znane jest ze swoich słodkich wyrobów, a z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy przypuszczać, że przebywał w nim kiedyś jakiś człowiek nawołujący do nadawania przywilejów Murzynom lub Eskimosom.

Użyte w tytule sformułowanie ma na celu wywołanie u czytelnika pewnych skojarzeń, które mogą nastawić go pozytywnie lub negatywnie do danego człowieka, przedmiotu czy zjawiska. Współtworzona i współfinansowana do pewnego momentu przez rząd Stanów Zjednoczonych Al-Kaida nie stanowi o istocie Somalii – jednak zabieg zastosowany przez dziennikarza Economista ma wywołać u odbiorcy takie właśnie wrażenie.

Autor tekstu nie jest chyba do końca pewien, czy ta manipulacja okaże się skuteczna. Dla większej pewności decyduje się zamknąć cały tekst – niczym klamrą – cytatem z Abdulkadira Ahmeda, który nawołuje do inicjowania przemocy. Takie zakończenie byłoby może uzasadnione, gdyby reprezentowana przez Ahmeda postawa stanowiła wśród Somalijczyków normę, ale zdaje się, że tak nie jest. „Pojawiły się szpitale, szkoły, firmy, a nawet uniwersytet”; „[n]ie ma żadnych oficjalnych podatków”, „przeciętny Somalijczyk” jest „dobrze uzbrojony”; powracający do ojczyzny emigranci „[p]rzywożą ze sobą pieniądze, umiejętności i kontrakty”; „anarchia ułatwia prowadzenie interesów”; „[t]o naprawdę działa”. Czy nie można byłoby nadać tekstowi tytułu Wolny handel i brak podatków?

Powiązania – domniemane, represje – realne

Autor artykułu pokazuje porządek wytworzony niejako samoczynnie w tych dziedzinach życia społecznego, które znajdują się w stanie anarchii. Wspomina też – niczym o drugiej stronie medalu – o „terrorystach”. Czytamy o „podejrzanym o terroryzm Jemeńczyku”; „podejrzewanych o przynależność do Al-Kaidy”; „domniemanych powiązaniach z terrorystami”.

Powiązania z terrorystami są „domniemane”, ale represje uderzające w klientów banku pozbawionych możliwości korzystania z jego usług czy we współpracowników organizacji charytatywnej, którą pozbawiono własności – jak najbardziej realne. Autor tekstu nie podkreśla faktu, że „wściekłość” Somalijczyków (którym mimochodem przypisuje zuchwałość i zamiłowanie do terroryzmu) to skutek interwencji opartego na przymusie i przemocy rządu Stanów Zjednoczonych – a nie systemu anarchokapitalistycznego.

Podkreśla za to, że „Koszty chaosu przewyższają jednak zyski. Możesz przedrzeć się nie niepokojony przez blokadę drogową watażki, jeżeli z tyłu samochodu masz dziesięciu uzbrojonych ludzi – ale musisz tym ludziom zapłacić. Nationlink, jeden z trzech działających w kraju operatorów telefonii komórkowej, zatrudnia 300 osób do ochrony 500 pracowników”.

The Economist i ekonomia

To, co robi dziennikarz Economista, to nie sprytny zabieg Agathy Christie, której w Zabójstwie Rogera Ackroyda udaje się ukryć tożsamość zabójcy przez pominięcie w wiarygodnym opisie zdarzeń paru szczegółów – ale jawnie fałszywa interpretacja faktów.

Czytamy: „Koszty chaosu przewyższają jednak zyski. [...] Nationlink, jeden z trzech działających w kraju operatorów telefonii komórkowej, zatrudnia 300 osób do ochrony 500 pracowników”. Autor tekstu liczy chyba na to, że w tym momencie czytelnik pod wpływem emocji zakrzyknie: „Faktycznie! Koszty są większe od zysków! Tyle osób do ochrony!”.

Nationlink wciąż funkcjonuje. Widocznie kalkulacja kosztów i zysków doprowadziła kierownictwo firmy do wniosku, że warto zatrudnić właśnie taką liczbę ochroniarzy i dalej działać w warunkach anarchii. Koszty działalności wcale nie przewyższają zysków – gdyby tak było, Nationlink już dawno zbankrutowałby.

Ciekawe, czy opisany zabieg zastosowano celowo, czy też redakcja The Economist nie ma zielonego pojęcia o ekonomii?

Media mainstreamowe i ich przyszłość

Anonimowość zachowywana programowo przez dziennikarzy Economista i utrzymywanie artykułów w zbliżonym stylu mogą mieć na celu próbę skupienia czytelnika na tym, co czyta, a nie na postaci autora. Ta praktyka wymaga bardzo daleko posuniętego zbliżenia poglądów dziennikarzy (czy jednomyślność wszystkich współpracowników pisma jest możliwa?) albo funkcjonowania w redakcji pisma jakiegoś nadcenzora czy też grupy cenzorów, którzy przykrawają teksty zgodnie z linią pisma. A może drukowani przez The Economist autorzy nauczyli się stosować autocenzurę, bo praktyka wskazała im, jaki sposób pisania tygodnik uważa za dopuszczalny?

Wydawany w ponadmilionowym nakładzie The Economist należy do mediów określanych mianem mainstreamowych. Nazwa ta ma obecnie dość pejoratywny wydźwięk. Określenie „mainstreamowe media” (MSM = mainstream media (dosłownie: media głównego nurtu)) opisuje te środki masowego przekazu, które znajdują się w powszechnym użyciu, dysponują znacznymi środkami finansowymi i u których w podtekście prezentowanych wiadomości przewijają się stwierdzenia: „obiektywna prawda nie istnieje”, „państwo jest dobre”, „rodzina to przeżytek”, „nigdy i nikogo nie wolno dyskryminować”.

W upowszechnianiu się dostępu do internetu i coraz szerszym wyborze niezależnych źródeł informacji można upatrywać szansy na to, że w niezbyt dalekiej przyszłości zwolennicy szacunku dla własności prywatnej i rodziny jako podstawy ładu społecznego zajmą miejsce obecnych mediów mainstreamowych. Wtedy powiemy o końcu ery MSM. Albo dojdziemy do wniosku, że to określenie oznacza już zupełnie co innego niż wcześniej – nie wąską grupę ludzi i korporacji kontrolujących powszechnie używane media, ale miliony działających niezależnie dziennikarzy, którzy na miarę potrzeb i możliwości podejmują ze sobą dobrowolną współpracę.

_______

Linki do tekstów poświęconych sytuacji w Somalii:

http://en.wikipedia.org/wiki/Somalia

http://en.wikipedia.org/wiki/Anarchy_in_Somalia

Graham Green, Somalijskie prawo zwyczajowe, http://www.libertarianizm.pl/green.html

Katarzyna Jankiewicz, Porównanie współczesnej sytuacji społeczno-politycznej w Somalii z ideami libertarianizmu, http://liberalis.pl/2007/04/18/katarzyna-jankiewicz-porownanie-wspolczesnej-sytuacji-spoleczno-politycznej-w-somalii-z-ideami-libertarianizmu/

Łukasz Lorek, Anarchia w Somalii bardziej uporządkowana niż rząd somalijski, http://liberalis.pl/2007/04/26/lukasz-lorek-anarchia-w-somalii-bardziej-uporzadkowana-niz-rzad-somalijski/

Mohamed Mohamed, Czy Somalia naprawdę potrzebuje państwa?, http://www.libertarianizm.pl/somalia.htm



2007/10/26

James Tooley i edukacja prywatna

Profesor James Tooley przeprowadził badania dotyczące dostępu do edukacji i jakości kształcenia oferowanego przez różne szkoły w biednych ekonomicznie rejonach Indii, Chin, Ghany, Nigerii i Kenii. W artykule Private Schools for the Poor (Szkoły prywatne dla biednych) omówił wyniki swoich badań.
James Tooley podzielił badane szkoły na trzy kategorie:

– szkoły państwowe (rządowe) (state schools / government schools);
– szkoły prywatne uznane przez państwo (private recognized schools);
– szkoły prywatne nieuznawane przez państwo (private unrecognized schools).

Zadanie, jakie postawił przed sobą Tooley, wiązało się z koniecznością dotarcia do setek miejsc, gdzie istnieją nieuznawane przez władze państwowe szkoły prywatne, nieuwzględniane w dostępnych dotychczas zestawieniach statystycznych. Takie szkoły mieszczą się w czasem w prywatnym domu gdzieś w górskiej wiosce. Właściciel budynku jest też często właścicielem i dyrektorem szkoły.

Badanie doprowadziło na następujących wniosków:

– koszt kształcenia w szkołach prywatnych jest niższy od kosztu kształcenia w szkołach państwowych;
– możliwość edukacji w szkołach prywatnych mają nawet najbiedniejsi (często osoby biedne, które stać na opłacenie czesnego, finansują edukację jeszcze uboższych; w ten sposób szkoły prywatne oferują rozwinięty system stypendiów);
– poziom nauczania w szkołach prywatnych jest wyższy niż w szkołach państwowych.

Te wnioski mogą wydawać się oczywiste, ale warto o nich ciągle przypominać, bo według rozpowszechnionego obecnie poglądu „państwo powinno zapewnić każdemu możliwość edukacji”. Osoba wygłaszająca takie stwierdzenie, w istocie mówi: „Pewna grupa ludzi (państwo) ma moralne prawo użyć przemocy (albo grozić jej użyciem), aby odebrać innej grupie ludzi (podatnikom) dowolnie określoną część ich własności, przeznaczyć skradzioną własność na wybrany przez siebie cel (budowę i utrzymanie państwowych szkół, opłacenie »specjalistów« układających jeden, standardowy program, któremu podlegać mają setki tysięcy ludzi, a także gabinety, fotele, samochody dla ministrów, kuratorów, wizytatorów, »ekspertów« i tak dalej) i przemocą (albo groźbą jej użycia) zmusić pewną grupę ludzi (uczniów) do tego, aby do ukończenia określonego wieku (w Polsce: do ukończenia osiemnastu lat) w ustalonych godzinach pojawiali się w określonym miejscu (w budynku szkoły)”. Czy jakikolwiek zwolennik państwowej interwencji na rynku usług edukacyjnych mógłby z czystym sumieniem podpisać się pod takim stwierdzeniem?

Niektórzy powiedzą: „To prawda, że państwowy system szkolnictwa jest niemoralny, niewydajny i szkodliwy – ale musimy go utrzymywać, bo na wolnym rynku biednych nie byłoby stać na naukę”. Można wskazać absurdalność takiego rozumowania: Coś jest niemoralne, niewydajne i szkodliwe – ale musi istnieć, bo... no właśnie: Dlaczego? Bo tak jest od pewnego czasu? Bo tak powiedział telewizor? Bo w przeciwnym wypadku pracownicy ministerstwa edukacji i państwowi nauczyciele musieliby wykonywać na wolnym rynku pracę, za którą ktoś płaciłby im dobrowolnie?

Przyjmijmy jednak, że powyższe problemy udało się w jakiś magiczny sposób pokonać i pozostaje nam do rozwiązania jedynie kwestia ekonomiczna: czy na wolnym rynku ubodzy będą mogli pozwolić sobie na kształcenie swoich dzieci?

Badanie Jamesa Tooley’a dowodzi, że tak – po raz kolejny potwierdzając, że to, co jest moralne (w tym przypadku dobrowolna współpraca prywatnych szkół z rodzicami dzieci, które się tam uczą), jest również skuteczne z ekonomicznego punktu widzenia.

Zarzut, który można wysunąć pod adresem szkół prywatnych, szczególnie tych działających na czarnym rynku (wolnym rynku) brzmi: „Skoro szkoła nie podlega żadnym odgórnym regulacjom i nie musi stosować się do ustalonych przez państwo programów, będzie się tam uczyć głupot albo rzeczy niepotrzebnych”. I tu znów – zdawałoby się – niespodzianka!

Porównując poziom kształcenia oferowanego w poszczególnych rodzajach szkół, James Tooley przeprowadził rozmaite testy. Okazało się, że uczniowie szkół prywatnych uzyskali najlepsze wyniki.

Na wolnym rynku standaryzacja następuje w sposób naturalny, nie trzeba jej wymuszać odgórnymi nakazami.

Gdy ktoś zaczyna w prywatnej szkole uczyć, że 2x2=5, to rodzic może zabrać stamtąd dziecko (przestać płacić za nauczanie kłamstw) i posłać je do innej szkoły, gdzie uczą prawdy. Tymczasem wielu osobom wydaje się, że gdy w tysiącach państwowych szkół nauczyciele twierdzą, że 2x2=5, bo tak napisano w kluczu testowym albo tak brzmi ostatnia wytyczna Unii Europejskiej, to wszystko jest w porządku.

Obawa o poziom nauczania w nieregulowanych odgórnie szkołach prywatnych wiąże się z rozpowszechnionym mitem, który można by sformułować tak: jeżeli jakaś organizacja ciesząca się powszechnym poparciem (np. państwo) ogłosi, że zakazuje jakiegoś zachowania (choćby zakaz ten naruszał wolność) – to trudno, tak musi być, bo inaczej wszystko się rozleci; jeżeli nie istniałyby żadne nakazane, odgórne regulacje, ludzie natychmiast zaczęliby się masowo mordować i nastąpiłby ogólny chaos.

Często zapomina się, że wolność jest matką ładu. Wystarczy nie zakłócać ludzkiego działania, a porządek powstanie spontanicznie. Można go nazwać „ładem anarchokapitalistycznym” – opiera się on zawsze o zasadę poszanowania własności prywatnej i respektowania dobrowolnie zawartych umów (kontraktów).

Kapitalizm nie polega bowiem na tym, że mam kartę kredytową, lśniące korytarze i wyłożone miękkim dywanem biura – ale jednocześnie płacę państwu od wszystkiego podatek i państwo wymaga ode mnie, abym podporządkował się jego regulacjom. Kapitalizm, ład wolnościowy, panuje tam, gdzie szanuje się prawo własności i respektuje postanowienia zawartych dobrowolnie umów.

Więcej kapitalizmu można dostrzec tam, gdzie jest na razie może i biednie – ale ludzie działają sami, a nie oglądają się na państwo. Opisani w badaniach profesora Tooleya „biedni” (pojęcie subiektywne) Murzyni, Hindusi i Chińczycy prawdopodobnie lepiej rozumieją, na czym polega kapitalizm, niż wielu Białych – przyzwyczajonych do tego, że „państwo się zatroszczy, państwo za mnie załatwi”.

O Afryce często mówi się, że panuje tam bałagan, bo państwa są zbyt mało interwencjonistyczne albo wręcz „upadłe” (failed states). Otóż, jak się okazuje, tam gdzie państwa nie ma wcale albo jest go mniej niż chcieliby tego etatyści, ludzie radzą sobie bardzo sprawnie. Problemy pojawiają się tam, gdzie akurat wpływ państwa jest duży i decydujący – w przypadku Afryki chodzi między innymi o wojsko i rząd centralny.

W opowiadaniu Rafała A. Ziemkiewicza Śpiąca królewna Perhat, kurier wynajmujący się do ochrony konwojów, tłumaczy podróżującej z nim Francuzce, doktor Jacqueline Tenard, różnicę między ludźmi ze „Wschodu” a przedstawicielami współczesnej „kultury” Zachodu: „Wie pani, pani doktor? Może to i prawda, że tu u nas są straszni ludzie. Okrutni, chciwi, bezwzględni, prymitywni, że Hospody pomiłuj. No, jak to ludzie. Ale to przynajmniej w ogóle jeszcze są ludzie! A u was? Jakieś ludzkie grzyby. Polipy. Taki... Taki blob przez cały dzień kręci się jak szczur w kołowrotku, żeby nabić sobie kartę magnetyczną, a wieczorem rozwala się przed ekranem, tka tę kartę w szczelinę i płaci ludziom za to, żeby za niego żyli, bo on sam już nie ma ani czasu, ani pojęcia bladego jak. Płaci politykowi, żeby nim rządził. Płaci aktorowi, żeby mu dostarczał przygód i emocji, bezpiecznych, przeżutych i przetrawionych. Nauczył się, że na wszystko można kupić pigułkę, która sprawę bezboleśnie załatwi. Pigułka, żeby schudnąć, pigułka, żeby urosły mięśnie, pigułka, żeby się pozbyć dziecka...” (Rafał A. Ziemkiewicz, Śpiąca królewna, w: Rafał A. Ziemkiewicz, Czerwone dywany, odmierzony krok, Warszawa 1996, s. 190).

W krajach tzw. „Zachodu”, do których Polska pod wieloma względami zaczyna się upodabniać, wśród osób biedniejszych utrzymuje się przeświadczenie, że w warunkach wolnego rynku „nie wszystkich będzie stać na kształcenie dzieci”. Z kolei osoby zamożniejsze często uspokajają swoje sumienie, posyłając dzieci do cieszących się prestiżem (choć też podlegających regulacjom państwowym) szkół prywatnych i licząc na to, że tamtejsi nauczyciele zadbają nie tylko o kształcenie, ale również (a może nawet przede wszystkim) o wychowanie powierzonej im osoby.

W Ga, dzielnicy slumsów na obrzeżach Akry, stolicy Ghany, James Tooley spotkał się z panią dyrektor miejscowej szkoły prywatnej. Profesor wspomniał w rozmowie, że jej „budynek” szkolny to właściwie dach z blachy falistej oparty o kilka patyków. „W edukacji nie chodzi o budynki” – brzmiała odpowiedź. – „Liczy się to, co jest w sercu nauczyciela. My kochamy dzieci i staramy się robić dla nich, co w naszej mocy”. (One Ghanaian school owner challenged me when I observed that her school building was little more than a corrugated iron roof on rickety poles and that the government school, just a few hundred yards away, was a smart new school building. “Education is not about buildings,” she scolded. “What matters is what is in the teacher’s heart. In our hearts, we love the children and do our best for them.” She left it open, when probed, what the teachers in the government school felt in their hearts toward the poor children.)

Jakkolwiek odpowiednie warunki lokalowe i rozmaite pomoce ułatwiają naukę – trudno odmówić słuszności twierdzeniu pani dyrektor, że to nie one są najważniejsze.

Wśród istotnych elementów procesu edukacyjnego warto wspomnieć o właściwym podejściu do ucznia. Jest on przede wszystkim człowiekiem – a nie jakimś irytującym osobnikiem, którego trzeba wytresować, aby wypełniał rubryczki i zgodnie z oczekiwaniami zakreślał A, B, C lub D. Tak jak lekarz powinien leczyć człowieka, a nie „przypadek” – tak uczeń powinien być traktowany jak człowiek. To skłania do postawienia sobie pytania o to, jaki model systemu edukacyjnego najbardziej sprzyjałby takiemu spojrzeniu na ucznia.

Poszukiwane przez nas rozwiązanie to prywatne nauczanie indywidualne lub w małych grupach. Trudno nazwać tę propozycję „systemem” – w tym znaczeniu, że struktury takiego sposobu edukacji tworzą się spontanicznie i oddolnie. Sytuacja, w której większość uczniów spotyka się z nauczycielem „jeden na jeden”, skutkuje najefektywniejszą – bo skupioną na konkretnym człowieku – edukacją. O skuteczności i popycie na tego rodzaju usługi edukacyjne świadczy popularność korepetycji.

W warunkach swobody ekonomicznej nic nie stoi, oczywiście, na przeszkodzie, aby organizować prywatne seminaria w małych grupach – ale też zakładać szkoły, których funkcjonowanie opłacałyby dobrowolnie uczące się tam osoby lub ich rodzice. Istotne jest, aby takie szkoły funkcjonowały poza zasięgiem państwa i nie miały obowiązku stosować się do odgórnie ustalanych „wytycznych programowych” i innych reguł, którym podlegają uznawane przez państwo (i podległe mu) placówki oświatowe. Taka swoboda umożliwia szybkie dostosowanie się do zmiennych oczekiwań konsumentów. Profesor Tooley wspomina o tym, że w Ghanie wiele spośród prywatnych, nieuznawanych przez państwo szkół pozwala, aby rodzice ucznia płacili za każdy konkretny dzień nauki. Jeśli rodziców nie stać na opłacenie całomiesięcznej edukacji dziecka, mogą wysłać je do szkoły w kilka wybranych dni.

Skoro system nieformalnej i nieprzymuszanej do niczego odgórnie edukacji działa w „biednej” Afryce, dlaczego nie miałby zadziałać na większą skalę również gdzie indziej?

Setki i tysiące małych, prywatnych przedsiębiorstw – szkół posiadających (najlepiej jednego) właściciela, niekontrolowanych przez żaden odgórny organizm – to odpowiedź na działalność państwowego systemu. (Nota bene państwowy system edukacyjny chciałby wciągnąć w swe tryby coraz młodszych ludzi, wprowadzając obowiązek uczęszczania do szkoły (przymus edukacyjny) od coraz młodszego wieku. Wydaje się, że ideałem zwolenników edukacji podporządkowanej państwowym regulacjom byłaby sytuacja przedstawiona przez Aldousa Huxley’a w Nowym wspaniałym świecie: dzieci od chwili urodzenia poddawano by rządowej indoktrynacji.)

Zgodne z duchem agoryzmu tworzenie oddolnych i dobrowolnych struktur edukacyjnych sprzyjałoby temu, żeby nauka przestała kojarzyć się z przymusowymi męczarniami – a zaczęła z czymś pożytecznym.

Różnorodność sprzyja jakości nauczania. Nie każdy (a być może tylko mniejszość) ma predyspozycje do tego, aby uczyć się w szkole. Powszechne przyjęcie modelu opartego na homeschoolingu przyniosłoby wielu osobom poczucie, że są w procesie edukacyjnym istotne – to im, właśnie im, proponuje się wspólne poznawanie świata. Nie są już częścią „anonimowego stada”, ale konkretnymi ludźmi.

Skutkiem takiego nastawienia byłaby współpraca między rodzicami, tworzenie bardziej i mniej luźnych związków między prywatnymi osobami, zakładanie stowarzyszeń edukacyjnych i szkół prywatnych.

Wolność przejawiałaby się w tym, że rodzice mogliby swobodnie wybrać, jak chcą kształcić swoje dziecko.

Aby taki projekt systemu edukacyjnego mógł zostać zrealizowany i upowszechniony, potrzeba przede wszystkim zainteresowania ze strony pierwszych i najważniejszych w życiu każdego człowieka nauczycieli, którymi powinni być rodzice.

Obecnie w wielu społeczeństwach dominuje przekonanie o braku widoków na jakiekolwiek głębsze zmiany, także w systemie edukacyjnym. Franz Kafka mówił w rozmowie z Gustavem Janouchem tak: „Każdy żyje za kratami, które nosi w sobie. [...] Bezpiecznie ukryci w hordzie, maszerujemy ulicami miast do pracy, do żłobu, do rozrywek. Jest to ściśle wytyczone życie, jak w kancelarii. Nie ma żadnych cudów, są tylko instrukcje obsługi, formularze i przepisy. Odczuwa się lęk przed wolnością i odpowiedzialnością. Dlatego człowiek tak chętnie dusi się za kratami wytworzonymi przez samego siebie” (Gustav Janouch, Rozmowy z Kafką, Warszawa 1993, s. 43). Chyba zbyt często rodzice bywają zanadto pochłonięci relacjonowanym na bieżąco sporem pana ministra edukacji z panem posłem – a zbyt rzadko rezygnują ze śledzenia jałowych politycznych debat na rzecz spędzenia czasu z własnym dzieckiem.

Być może bardziej wewnętrznie zniewoleni są współcześni Europejczycy niż Afrykańczycy – którzy muszą starać się o byt swój i swoich dzieci na własną rękę, siłą rzeczy nie oglądając się na państwo.

Czy znajdującym się w trudnej sytuacji ekonomicznej Afrykańczykom i mieszkańcom innych kontynentów należy pomagać – i, jeśli tak, w jaki sposób? Czy słanie pieniędzy to właściwe rozwiązanie?

Warto przede wszystkim wspierać konkretnych ludzi i rozwiązania. Organizować może nie tyle „pomoc dla Ghany”, czy „pomoc dla Indii”, ale pomoc dla pewnej konkretnej osoby lub szkoły. Pozbawione sensu wydają się akcje organizowane przez „wspólnotę międzynarodową”, polegające na tym, że środki finansowe ukradzione przez władze państwowe pewnych krajów (tzw. bogatszych) wysyła się władzom państwowym innych krajów (tzw. biedniejszych). Dzięki takim finansowym zastrzykom niewydolne ekonomicznie aparaty państwowe mogą prowadzić jeszcze brutalniejszą politykę ucisku i grabieży.

Inne zagrożenie związane z subwencjami dla ubogich polega na tym, że mogą się oni uzależnić od pomocy finansowej.

Dziś dość powszechnie uważa się, że np. wyciągnięcie jakichś pieniędzy z Unii Europejskiej to powód do chluby. Pomińmy już fakt, że w euforycznym jazgocie nie dostrzega się, że tak naprawdę np. Polacy sami finansują sobie tzw. „dopłaty” (pisał o tym Tomasz Cukiernik w tekście pt. Prawda i fałsz o dotacjach z UE). Niezależnie od tego, kto konkretnie i w jakim procencie składa się na „dopłaty”, „dotacje”, „subsydia” itp. – zadajmy pytanie: czy branie swego rodzaju jałmużny to powód do chwały?

W kontekście pomocy osobom uznawanym przez nas za potrzebujące wsparcia warto przed podjęciem konkretnych decyzji odpowiedzieć na pytanie: czy pomagać im finansowo i w jakim zakresie?

Wydaje się, że należy postępować dość ostrożnie i skupić się raczej na tym, jak usunąć bariery utrudniające osobom biednym nauczenie się, jak mogą pomagać same sobie we własnym i innych najlepszym interesie.

Pomagać – ale po pierwsze nie przeszkadzać.

Pewnych wskazówek w tym zakresie możemy oczekiwać od samego Jamesa Tooley’a. Profesor ma zarządzać funduszem 100.000.000 dolarów, który przeznaczony jest na inwestycje w szkoły prywatne dla ubogich w krajach „rozwijających się”.

(As for Tooley himself, he is now moving beyond research alone, preparing to embark on a new project: the management of a new $100 million fund to invest in private schools for the very poor in developing countries. Development professionals need not be concerned, however. The money is from a private foundation. It won’t waste any country’s aid budget.

Clive Crook, The Ten-Cent Solution)

_______

James Tooley, Private Schools for the Poor, http://www.catholiceducation.org/articles/education/ed0319.htm

Zjawiska zaobserwowane przez profesora Tooley’a dotyczą nie tylko rynku usług edukacyjnych. Warto zapoznać się z tekstem Rodericka T. Longa, który opisał skuteczne działanie prywatnego systemu ubezpieczeń zdrowotnych i konsekwencje interwencji państwa w wolny rynek:

Roderick T. Long, How Government Solved the Health Care Crisis: Medical Insurance that Worked — Until Government "Fixed" It, http://libertariannation.org/a/f12l3.html

Polskie tłumaczenie: Roderick T. Long, Jak Państwo rozwiązało kryzys służby zdrowia. Ubezpieczenie zdrowotne, które działało – zanim rząd go nie „naprawił”, http://liberalis.pl/2007/09/22/roderick-t-long-jak-panstwo-rozwiazalo-kryzys-sluzby-zdrowia/