Look7777777 – New Culture Watch – 2009.01.21

Sandro Magister
Faith By Numbers. When Ratzinger Puts on Galileo's Robes
[faith & reason, mathematics, maths / wiara i rozum / matematyka]
[Benedict XVI: Mathematics, which we invented, really gives us access to the nature of the universe and makes it possible for us to use it. Therefore, the intellectual structure of the human subject and the objective structure of reality coincide: the subjective reason and the objective reason of nature are identical. / In the end, to reach the definitive question I would say: God exists or he does not exist. There are only two options. Either one recognizes the priority of reason, of creative Reason that is at the beginning of all things and is the principle of all things – the priority of reason is also the priority of freedom – or one holds the priority of the irrational, inasmuch as everything that functions on our earth and in our lives would be only accidental, marginal, an irrational result – reason would be a product of irrationality. One cannot ultimately 'prove' either project, but the great option of Christianity is the option for rationality and for the priority of reason.]

A legacy online: Tom Fahy on Jamendo


Tom Fahy @ Jamendo.com
[free download, free mp3, free music]

Stefan Blankertz
Has the State Always Been There? How Tribal Anarchy Works

Święty Klemens Hofbauer
[kościół św. Benona w Warszawie]

Jacek Salij OP
Znamię Bestii
[chipy, czipy, Apokalipsa św. Jana, Bestia, piętno Bestii]

Mike Gogulski
You are not the bank’s customer

Roy Halliday
Vigilantes of Montana by Thomas J. Dimsdale
[private production of security, compensation for the victim]

Theodore Dalrymple
Tough Love
[sexual revolution leads to violence, jealousy, wife beaters]

Kathleen Naab
Saying Yes to Life -- 19 Times (Part 1)
[Interview on Parenting a Large Catholic Family, James and Kathleen Littleton]

Kathleen Naab
Saying Yes to Life -- 19 Times (Part 2)
[Interview on Parenting a Large Catholic Family, James and Kathleen Littleton]
[Kathleen Littleton: “We have found that love multiplies itself. In other words, the more one loves, the more one can love. With each new child, our love as parents has grown and multiplied. Our love has increased, not diminished. . . . The human heart is capable of an infinite amount of love, as it is created in God's image.”]

On The Relationship Between Libertarianism, Anarchism and Values

Maciej Dudek
Porządek anarchiczny

Benjamin D. Wiker
The Meaning of Marriage

Raniero Cantalamessa OFMCap
"When the Fullness of Time Had Come God Sent His Son Born of a Woman" – Father Cantalamessa's 3rd Advent Meditation
[St. Paul’s and St. John’s routes in the discovery of who Jesus Christ is. Jesus “born of a woman”. The imitation of Mary. Interruptions of maternity. Spiritual abortions. “Fiat” and “Amen”.]

Gold rush erupts amid financial crisis

Edward McNamara LC
Applause at Homilies (And More on Substituting the Sunday Liturgy)

Maya Filipič @ Jamendo.com
[free download, free mp3, free music]

Elizabeth Lev
"Santa" at the Embassy; a Toast for Christ
[French cuisine & St. Thomas Aquinas]

Benjamin Tucker
State Socialism and Anarchism
[from: Instead Of A Book, By A Man Too Busy To Write One (1897)]
[Josiah Warren, Pierre J. Proudhon, Karl Marx]

Emilia Żochowska
Solo na pile

Stanisław Michalkiewicz
Tradycja herodowa
[człowiek nienarodzony, nienarodzone dziecko, aborcja]

Kathleen Gilbert
Noted Atheist Says if You Believe, You Should Proselytize – Or do you Hate Enough Not to?

Benedykt XVI
Papieska homilia z Pasterki
[Pasterka 2008, 24 XII 2008]

Cory Doctorow

Maciej Dudek
Organizacje bez władz

Jacek Salij OP
Prawo natury
[prawo naturalne]


Vatican Filter of Italian Law Takes Effect

The Seattle Catholic – A Journal of Catholic News and Views
Archives from 2001 to 2006

Sue Ellin Browder
Why Condoms Will Never Stop AIDS In Africa

Anarchia, Agora, Akcja – Wywiad z Samem E. Konkinem 3
[Wywiad: Samuel E. Konkin III, agoryzm, wolny rynek, kontrekonomia]

Vincent McNabb OP
Fr. McNabb Speaks – Over-Production or Under-Consumption?
[production is for the sake of consumption]

Carmen Elena Villa
What Parents of Sick Children Need Most
[Pietro Schiliro / Valter and Adele Schiliro / miraculous cure through intercession of Zelie and Louis Martin]

Keith Preston
The 60s Radicals Have Won – Now What?

Terry Jones
Saint John Nepomucene Neumann

Mike Gogulski
Dear tool

You forgot to mention a few tools…
[A response to Mike Gogulski’s Dear tool; legitimizing tool of the State]

Terry Jones
Saint Lucian of Antioch
[copying, copyists, exact copy, Lucian Recension, “I am a Christian”]

Theodore Dalrymple
Beauty and the Best
[In a sense, everything that human beings do is original, for even if they want to they cannot exactly copy one another. / Beauty is a fragile and vulnerable quality, and moreover one that is difficult to achieve; ugliness, by contrast, is unbreakable and invulnerable, and very easy to achieve.]

Matthew Alderman
"Free-Floating Molecules in the Vast Vacuum of Art"

Quote of the Week: Adrienne von Speyr
[Apostasy is the sin that forever generates new sin.]

Robert LeFevre

Rev. Emmanuel Charles McCarthy
A Military Chaplain Repents
[An interview with Rev. George B. Zabelka, a Catholic chaplain with the U.S. Army Air Force; the atomic bomb; Hiroshima; Nagasaki]

Happy Birthday Mininova, 4 Years Young Today

Bobbie Johnson
Richard Stallman: The high priest of hi-tech who shuns technology

Nick Farrell
"Terrible" people get mobile phones

Ambrose Evans-Pritchard
Merrill Lynch says rich want gold bars, not gold paper

‘We’ Did That?

Kwartalnik “Pamięć i przyszłość” – rozmowa z Kornelem Morawieckim
[Kornel Morawiecki, Solidarność Walcząca]

Louis Beam
Leaderless Resistance

Markus Bergstrom
Israel and Palestine: A Statist War
[stateless society, Israel, Palestine, Jews, Israelis, Palestinians]

Mark R. Crovelli
The Catholic Church’s Confused Ideas About Stealing

Royce Christian

The Counter Economy Lives!

Rob Costlow
[free download, free mp3, free music]


Jan Falkowski: Pociągi bez żadnego nadzoru

„Ażeby ani przez chwilę nie tracić z oczu żadnej z cennych skrzyń, za które odpowiadaliśmy, zainstalowaliśmy się po prostu pomiędzy nimi w wagonie bagażowym. Ta podróż wagonem towarowym okazała się jednak straszliwie męcząca. Potrzebowaliśmy dwóch dni na przebycie doliny Gangesu. Upał był okropny, a kurz wiszący w powietrzu utrudniał oddychanie. Pociąg posuwał się powoli, mogliśmy więc kontemplować okolice. Ale ten obraz nie przynosił nam wcale radości, nie mógł cieszyć serca, lecz przeciwnie przepełniał je ponurym smutkiem. Przejeżdżaliśmy przez rozpaczliwie monotonną równinę. Susza wypaliła prawie całą roślinność, tak że niewiele pozostało uroku w tej niezbyt pięknej przyrodzie. Ludzie brudni i wynędzniali, których spotykaliśmy na dworcach lub dostrzegaliśmy we wsiach, nie mogli rozweselić ponurego krajobrazu, ale swoim cichym i pozbawionym radości zachowaniem podkreślali jeszcze rozpaczliwość pejzażu. Kiedy wreszcie w Lucknow przyjęli nas koledzy byliśmy czarni od kurzu i wykończeni nudą i zmęczeniem.” (Lionel Terray,
Niepotrzebne zwycięstwa. Od Alp do Annapurny, tłum. Danuta Knysz–Rudzka, oprac. Janusz Kurczab, Kazimierz Marcinek, Warszawa 1975, s. 236–237)


W strugach deszczu — ostatnich tchnieniach tegorocznego monsunu — docieramy do „hali głównej” delhijskiego dworca, usłanej półprzytomnymi jeszcze z niewyspania postaciami i przecinanej kilkoma strumieniami potencjalnych podróżnych, podzwaniających monetami żebraków, żołnierzy (zwykle bardzo przychylnych białym) i cwaniaków najrozmaitszych profesji. Na daszkach z blachy falistej, osłaniających jako tako perony przed deszczem, stadka małp wertują pośpiesznie „śmieciowe góry” w poszukiwaniu niedojedzonych resztek. Przewidywane dwuipółgodzinne opóźnienie pociągu spędzamy kursując między peronem drugim a elektroniczną tablicą w holu, która (jeśli akurat działa) dostarcza najświeższych informacji o dalszym oczekiwaniu. Nie przejmujemy się za bardzo: pociąg pojedzie, zawsze w końcu jedzie.

Tym razem zarezerwowaliśmy bilety w klasie „sleeper”, bardzo podobnej do trzech wyższych klas (1AC, 2AC, 3AC), nie wyposażonej za to w urządzenia klimatyzujące. Jeśli wybieramy niższą klasę („second class”), na którą nie rezerwuje się miejsc, właściwa podróż zaczyna się już na samym peronie, gdzie okoliczna ludność niczym sprinterzy w blokach startowych zajmuje jak najkorzystniejsze miejsca do ataku na wagony, gdy te powoli zaczną wtaczać się na peron. Pociągi osobowe liczą zwykle od dwudziestu do czterdziestu wagonów, więc niekiedy trzeba się sporo nabiegać, zanim trafi się do właściwego. Do wagonów można się dostać przez otwory drzwiowe lub przez okna (choć tylko nieliczne, bo większość — zapewne aby przeciwdziałać wskakiwaniu — uzbrojono kratami). Nie obowiązuje zasada: „najpierw wysiadający”, jeśli chcesz się wydostać, musisz to zrobić zanim pociąg się na dobre zatrzyma. Przy każdych schodkach błyskawicznie tworzy się ruchliwe kłębowisko Hindusów zaślepionych pragnieniem wywalczenia miejsca siedzącego w „chair car” drugiej klasy. Ile osób ginie co roku w ten sposób w Indiach — strąconych pod koła pociągu, przygniecionych do wagonów albo zdeptanych?

Ale oto na nasz peron wpełza kolejny skład, z którego natychmiast wyskakuje kilku Hindusów i załatwia się w pośpiechu między wagonami — aha, widocznie w środku nie ma toalet, a w biegu nie bardzo się dało. Nieopodal pięcioletni chłopiec kończy właśnie defekować wychyliwszy swą maleńką postać poza krawędź peronu. Za chwilę służby porządkowe uzbrojone w wąż gumowy i słabe ciśnienie wody spróbują uprzątnąć (a właściwie przesunąć w inne miejsce) tę i dziesiątki innych ludzkich, małpich, krowich pozostałości.

Po kilkunastu minutach i ten pociąg leniwie wytoczy się z dworca, by rozcinając nieskończone pola ryżowe i palmowe gaje, mijając bosonogich wieśniaków z parasolami drepczących wśród upraw, podążyć do Jaipuru, a może nawet Bombaju. Wraz z upływem kolejnych stacji zagęszczenie ludności w wagonach szybko przekroczy pięć osób na metr kwadratowy. Ktoś zwinny wespnie się pod sufit na półkę z bagażami i będzie drzemał oparłszy głowę i nogi na czyichś pakunkach. Sprzedawcy herbaty (parzonej z cukrem i mlekiem), dziesiątki razy torując sobie drogę donośnym: „czaj! czaj!”, zainkasują kolejne sześć rupii, a sprzedawcy ryżu z warzywami czy nafaszerowanych kapustą, cebulą i ziemniakami pierożków samosa będą serwować co głodniejszym pasażerom po dwie garści prosto z wiadra lub kartonu. Być może zwinny z półki bagażowej włączy na cały regulator przeraźliwie ubogie harmonicznie hinduskie przeboje, narażając na wątpliwą rozkosz ich słuchania ponad setkę innych pasażerów, którzy — o dziwo — nie zwrócą na to najmniejszej uwagi. Między rzędami ławek przesuwać się będzie w regularnych odstępach karawana żebraków. Ktoś zacznie grać na bębenku. Rytm wybijany przez chłopca niechcący utworzy dwugłos ze stukotem kół i szyn pociągu. Nikt nie zapali papierosa, wielu Hindusów będzie za to żuć liście tytoniu, strzykając od czasu do czasu za okno lub na podłogę brunatną śliną.

Jeżeli trafi się w wagonie biały podróżnik zachłannie wpatrujący się w najbardziej równinne, najzieleńsze i w końcu najmonotonniejsze krajobrazy, jakie dotychczas spotkał, jego ruchom i gestom towarzyszyć będzie żywe zainteresowanie przynajmniej jednego z hinduskich współpasażerów. Jeśli zaś biały podróżnik wyczuje, że ktoś mu się przygląda i spojrzy w oczy pilnego obserwatora, ten wcale nie odwróci wzroku, wwiercając się nim w zaskoczonego sahiba: z niechęcią? serdecznością? zawiścią? szczerym zainteresowaniem? podejrzliwością? Z oczu Hindusa niewiele można wyczytać. Często jest w nich jakby pustka, albo coś w rodzaju przygaszonego blasku — coś nieuchwytnego, a jednocześnie tak charakterystycznego, że za każdym razem wydaje nam się, że wpatruje się w nas ten sam człowiek.

Tymczasem delhijski deszcz nie jest już tak przekonujący jak wcześniej i powoli przemienia się w mżawkę. Na peronach w związku z wielogodzinnymi opóźnieniami wszystkich pociągów rosną sterty paczek pocztowych gotowych do załadowania. Dwoje starszych ludzi, podwinąwszy powłóczyste szaty, załatwia się na tory. Wreszcie, po ponad czterech godzinach oczekiwania na „Taj Express”, wnikamy do wagonu „sleeper”, gdzie — jak sama nazwa wskazuje — śpi się. Zresztą to chyba jedyne rozsądne rozwiązanie podczas pokonywania tak wielkich odległości. Ci, którzy nie śpią — jedzą. Uśmiechnięty konduktor przerywa sprawdzanie biletów i zaproszony przez przebudzonego Hindusa z sąsiedniej wnęki (coś na kształt naszego przedziału, ale bez drzwi) zasiada naprzeciw kolegi, pilnie przypatrując się wydobywaniu kolejnych potraw — tłustych placków przypominających naleśniki i pojemnika z jakimś sosem, w którym należy maczać placki. Posiłek, poprzedzony ułożeniem wiktuałów na rozłożonym bezpośrednio na siedzeniu papierze kancelaryjnym, przebiega hałaśliwie i szybko. Prawdopodobnie z tego powodu konduktor kończy pochłanianie krótkim, zdecydowanym beknięciem. Ponieważ zaś trzeba sobie jakoś poradzić z upapranymi od sosu paluchami, przydatna okazuje się jedna z zasłonek (i tak przecież nie prana od miesięcy).

W końcu (wraz z oczekiwaniem nasza dwustukilometrowa podróż trwała niemal osiem godzin — jak to wytrzymują Japończycy, przyzwyczajeni raczej do kilkusekundowych opóźnień?) docieramy i zachwycamy się Tajem, barwnymi detalami Taju, organizacją przestrzenną Taju i przyległości. Zachwycamy się wreszcie mogolską myślą architektoniczną, która Taj powołała do istnienia. Staramy się ignorować niezliczone wycieczki ludzi białych i śniadych (ryczących wniebogłosy wewnątrz grobowca) oraz omijać stosownym łukiem miejscowych fotografów, przechadzających się po marmurowych posadzkach z pewną dozą dostojeństwa i sztucznym wyrazem twarzy rzekomych profesjonalistów. Urzeczeni kontemplujemy układane z żółtych, granatowych i wiśniowych kamyków ornamenty kwiatowe dekorujące poszczególne ściany mauzoleum. Olśniewająco biały (z daleka, bo z bliska — wielobarwny) marmur i delikatny rysunek łuków wieńczących kolejne okna i wnęki budowli nadają potężnej przecież bryle niespodziewaną zwiewność. Taj lekko unosi się nad Jamuną.

Nasza groteskowo zwięzła wizyta w najdroższym (prawie 20$ za wstęp — w cenę wliczone osobliwe kapcie przydatne na rozpalonych słońcem marmurach) zabytku Indii dobiega końca. Tuż za murami z czerwonego piaskowca czyhają już sprzedawcy napojów regenerujących i tandetnych miniaturek świetlistego Taju. Sąsiednią ulicę majestatycznym krokiem przecina wielbłąd. Po krótkich utarczkach z tutejszymi rikszarzami ustalamy korzystną cenę za dowóz na stację, gdzie spędzimy następne godziny w oczekiwaniu na opóźniony pociąg do Delhi.

Na torach, klucząc między stertami organicznych i syntetycznych odpadków, żerują szczury. Żebracy z podziwu godną konsekwencją przesuwają się wzdłuż peronów, wyciągając ręce w rutynowym geście. Naręczni handlarze wodą, samosami i pamiątkami ostatniej szansy, prowadząc negocjacje z pasażerami wewnątrz wagonów („Look! Taj very nice, sir!”), próbują dotrzymać kroku wytaczającym się ze stacji składom. W końcu lekko zdyszany głos stacyjnej zapowiadaczki („May I have your kind attention, please!”) dyscyplinuje znużonych oczekujących. W oddali pobłyskują już żółte ślepia wypatrywanego pociągu.